NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Jezioro Witoczno

[NG: 40]   Autor: Justyna Kontek - (liczba artykułów: 2)

Legendy o Ziemi Chojnickiej
Gimnazum w Swornegaciach
Bardzo dawno temu, na rozległych piaszczystych polach, otulonych sosnowymi lasami, gospodarzył Fryderyk. Sąsiedzi wołali na niego Fryc. Miał solidną chałupę, obórkę oraz stodołę. Zabudowania gospodarcze usytuowane były na niewielkiej górce, nieopodal jeziorka, z którego żona Fryca, Marteczka, w wiadrach zawieszonych na drewnianych szuńdach, nosiła wodę do chaty. Jeziorko okolone było torfiastymi pławami i grząskimi moczarami, na których rosły duże kępy traw.
Fryderyk był bardzo pracowity. Sąsiedzi uważali go za bogatego gospodarza. Miał dwa woły, jedną krowę i kilka kur, którym dokuczały trzy owce. Od kilku dni siedział pod stuletnią sosną, która rosła obok jego domu. Wyciosywał z grubego, twardego pnia sochę. Kiedy skończył, poszedł do chaty coś zjeść. Spożywał posiłek ze swoim synem Witkiem. W pewnej chwili powiedział:
- Już czas na nas, zabierzmy sochę i chodźmy z wołami w pole!
Zaczęli orać pole w pobliżu jeziorka. Witek prowadził sochę, a ojciec co pewien czas mu pomagał. Po trzech godzinach ciężkiej pracy Witek zapytał ojca:
- Długo jeszcze?
- Tak - odparł ojciec.
- Ale ja zgłodniałem! Przecież dzisiaj taki upalny dzień.
- Dobrze - rzekł ojciec. - Idź najeść się i wracaj szybko na pole. Musimy dzisiaj skończyć orkę.
Fryderyk usiadł pod drzewem i zasnął, nie myśląc o wołach. Zwierzęta zostały same. Skubały długą i soczystą trawę. Im bliżej jeziorka, tym była lepsza i dojrzalsza. Wtedy, ciągnąc za sobą sochę, woły weszły na pławy. W pewnym momencie bagnisko rozwarło się i zaczęły tonąć. Głośno ryczały, ale Fryderyk spał tak mocno, że nic nie słyszał. Po godzinie obudził się. Wokół nigdzie nie było zwierząt, a ślady sochy i wołów prowadziły wprost do jeziorka i tam kończyły się. Na brzegu pozostał tylko jeden orczyk.
Fryderyk ze swym synem Witkiem długo lamentowali nad wodą z powodu utraty cennych zwierząt. Minął tydzień. Rybak, przyjaciel Fryderyka, łowiąc ryby ujrzał dwa martwe woły z drewnianą sochą. Zawiadomił o tym Fryderyka.
Jak woły mogły dostać się z maleńkiego jeziorka do dużego jeziora? Witek domyślał się prawdy: gdzieś w głębi musi być jakiś kanał lub podziemna rzeka! Chłopiec postanowił sprawdzić, czy ma rację. Podczas kąpieli, pewnego gorącego dnia, zanurkował w kierunku tajemniczego otworu na dnie. Nie wrócił już nigdy. Na brzegu pozostało porzucone ubranie.
Jezioro, w którym wypłynęły woły, miejscowi ludzie nazwali Witoczno na pamiątkę pracowitego i odważnego młodzieńca o imieniu Witek. W dzisiejszych czasach ludzie unikają tajemniczego jeziorka i ruin zabudowań gospodarczych. Podobno w czasie pełni księżyca słychać płacz chłopca i ryczenie wołów. /-/


 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: