Jeńcy z I wojny światowej (obóz w Czersku)
W Legbądzie jako w nowo utworzonej placówce duszpasterskiej nie było zacnego utrzymania dla organisty. Czynności organistowskie ku zupełnemu zadowoleniu parafii wykonywał najmłodszy syn Ringwelskich, Józef. Mieszkał jednak u swych rodziców nad kanałem w oddaleniu jakichś 3 km. Dochodził więc stamtąd co dzień. Mnie jednak chodziło o to, żeby mieszkał na miejscu i miał jakieś stałe utrzymanie. Łamałem sobie głowę, jakby temu zaradzić. Agencję pocztową w Legbądzie utrzymywał niejaki Sulkowski, emeryt, urzędnik pocztowy z Gdańska, zniemczony Polak. Miał własny domek i tam też mieściła się agencja pocztowa. Nagle ten Sulkowski zmarł i stanowisko to zawakowało. Umyśliłem sobie, by tę posadę uzyskać dla organisty. Natychmiast wystosowałem odnośne pismo do dyrekcji poczt w Bydgoszczy. Wątpiłem jednak, czy to odniesie skutek. Najbardziej się bałem sołtysa Senkowskiego, tego pachołka niemieckiego, który na pewno będzie się starał o tę posadę dla swej córki. Liczyłem jednak na niezawodny środek smarowania, byle tylko tych panów mieć w plebani.
Szczęśliwie się złożyło, że najpierw przyszli do plebani. Widocznie liczyli na to, że najlepiej na tym wyjdą. „Herr Pfarrer - oświadczyli przy powitaniu, bardzo dużo się zgłosiło, coś około 23, ale my przychodzimy na pierwszym miejscu do Herr Pfarrer.” Miałem już swoją wypróbowaną, prawie nigdy nie zawodzącą metodę postępowania. Moja siostra miała polecenie, by, gdy tylko jakiś Niemiec wejdzie do plebani, zaraz parzyć kawę i coś smażyć na patelni, aby zapach smażonego mięsa i aromat prawdziwej kawy podniósł apetyt wygłodniałych niemiaszków. Przybyło ich dwóch, inspektor pocztowy z Bydgoszczy i poczmistrz z Czerska. Nie trwało długo, a już po całej plebani zaczął się rozchodzić zapach łechcący podniebienie gości. Ale kandydata na upatrzonego przeze mnie na legbądzkiego „poczmistrza” nie było w miejscu. Był u siebie w domu, rąbał drzewo. Wysłałem po niego jeńca. Przybył, nie wiedząc o co chodzi, w takim roboczym ubraniu, w jakim rąbał drewka. Zakłopotana siostra puka do drzwi. Gdy wyszedłem, powiada mi: „Przecież w takim ubraniu pokazać się nie może. Co my zrobimy?” - „Wiesz co, daj mu ubranie Nastka (brata naszego), to jaskółkowe.” „Tak - odpiera - ale jak on w nim będzie wyglądał, przecież brat to grubas, a on taka tyczka.” „I na to jest rada - tłumaczę - potrzeba tylko, by wchodząc ściągnął jaskółkę do tyłu, wychodząc zaś - odwrotnie do przodu.”
Kiedy po takiej instrukcji wszedł przed oblicze tych dwóch panów, ci obejrzawszy go sobie, poprosili, żeby ich zostawić celem wybadania go. Pozostawiłem ich samych. Po pewnym czasie wyszedł, ale już stał zastawiony stół, zaopatrzony w smakołyki i kieliszki z napojem. Przy stole pytam: „No, jak panowie?” „Herr Pfarrer - odpowiadają obydwa razem - to nie pójdzie (das wird nicht gehen).” „Na nu - odpowiadam - a to czemu nie? Przecież to poważny, przystojny młodzieniec.” „Tak - kręcą głową - ale on przecież za młody, ma zaledwie 19 lat, przecież listonosze nie będą mieli przed nim żadnego respektu.” „Cóż też panowie mówią o respekcie! Jest on organistą i jest szanowany przez całą parafię” - biorę kieliszek i wychylam na zdrowie nowego legbądzkiego „poczmistrza”. Trącają. Do jedzenia bynajmniej nie dają się prosić. Powoli topnieją, jak śnieg pod ciepłem wiosennego słońca. W toku jedzenia pyta poczmistrz z Czerska: „Czy Herr Pfarrer ma trochę grochu?” - „Ależ mam, mam, panie poczmistrzu, a mam jeszcze i coś do grochu, bo sam groch nie bardzo smakuje.” ,,Ach, Herr Pfarrer - odpowiadają obydwaj - dass ist sehr liebenswürdig von Ihnen.”
Zaopatrzeni zostają obydwaj w paczki grochu, słoniny i masła. Zaczęli się ze mną żegnać, zapewniając mnie, że wszystko będzie w porządku. I w rzeczy samej niedługo potem nadszedł dekret, ustanawiający organistę agentem pocztowym w Legbądzie. Dochód z poczty i akcydens z kościoła umożliwił p. Ringwelskiemu sprowadzenie się do wioski i założenie wraz z siostrą własnego gospodarstwa domowego. To trochę masła, słoniny i grochu sowicie się opłaciło. Był przecież organista przy kościele, na każdy czas gotów do służby kościelnej.
DWAJ JEŃCY WOJENNI, ALE JAK NIERÓWNE CHARAKTERY!
Jak już wspomniałem, udało mi się otrzymać z obozu jenieckiego w Czersku dwóch jeńców Polaków: Jana Kostrzewę spod Łowicza i Bolesława Roszkowa spod Grodna. Wydostawszy ich z tego piekła obozowego, starałem się ich otoczyć jako rodaków, do tego nieszczęśliwych ofiar wojny, najtroskliwszą opieką. Jedzenia było dosyć, jedli to samo, co my. Tytoniu, ile tylko sobie życzyli, również i kieszonkowego im nie żałowałem. Ubranie co prawda nosić musieli jenieckie, ale ponieważ za smarowanie wszystko otrzymać było można, co rusz przywoziłem im z obozu nowe buty, ubranie, płaszcze. Pomieszczenia w plebani! im dać nie mogłem, bo nie było wolno. Musiał być oddzielny lokal z zakratowanymi oknami. Temu celowi posłużyła pralnia. Opału dla niej w porze zimowej było pod dostatkiem. Jeńców należało zamykać na noc na klucz. Aby ich jednak nie krępować, dałem dorobić drugą parę kluczy tak, iż plebania miała po jednym, a każdy z nich również. Jednak ostrzegałem ich, by tej swobody nie nadużywali, bo inaczej ja surową zapłacę karę, a oni z powrotem odstawieni zostanę do obozu.
O ile chodziło o owego Roszkowa, był to stary kawaler, nie lada bywalec. Brał udział w wojnie bokserskiej i rosyjsko-japońskiej, przeszedł Mandżurię, znaczną część Sybiru. Miał rangę podoficera. Był używany też do eskorty skazańców na Sybir, a ostatecznie uczestniczył w I wojnie światowej. Miał nam dużo do opowiadania ze swoich przeżyć i spostrzeżeń. Z wielkim zainteresowaniem wsłuchiwaliśmy się w jego opowiadania o obyczajach i zwyczajach ludności na terenach Mandżurii i Sybiru.
Ten jeniec, owszem, odczuwał w całej pełni dobrodziejstwo, jakie go spotkało, że z tej gehenny (w Czersku) wydostał się na tak dogodne warunki. Na każdym kroku okazywał wdzięczność i życzliwość. Ze szczególną sympatią odnosił się do mojej matki, wyręczając ją na każdym kroku. U siebie też w domu gospodarzył razem ze swą matką. Nie mając jej tu, swoją widoczną ku niej miłość przenosił na naszą matkę. Tak samo czule odnosił się do naszego małego siostrzeńca, Tadeusza, z którym nawiązała się prawdziwa przyjaźń. Ze mną razem chadzał na połów ryb. Do wszystkiego był ochotny, całemu domowi był życzliwy.
Zupełnym przeciwieństwem do tamtego był ów Kostrzewa. Przede wszystkim był to straszliwy zarozumialec. Że miał podobno jakąś zagrodę i jak się chwalił, aż trzy konie, czuł się wielkim panem i arystokratą. Nie łaska mu była przy moich wyjazdach siadać na koźle. Gwałtem pchał się do mnie na tylne siedzisko. Wszystkiego mu było za mało, stale był malkontentem. Do pracy był leniwy, mało tego, i innych jeszcze od pracy odmawiał. Nie dość też mu było, że sam miał wszystkiego pod dostatkiem, jeszcze z innymi chciał się dzielić moim dobrem, wynosząc żywność ze spiżarni, zboże ze spichlerza, siano z szopy. Stał się dla nas prawdziwym krzyżem domowym. Nic mi nie stało w drodze, by go każdego czasu odesłać z powrotem do obozu. Oznaczało to jednak skazanie go na ponowną poniewierkę i głód. A przecież to rodak. Kiedy mu wspomniałem, że muszę go odesłać, od razu opuszczała go pycha, stawał się tak pokorny i mały, że na kolanach się czołgał, chciał stopy mi całować i płakał jak dziecko, żebrząc, by mu wybaczyć, po kilku zaś dniach broił to samo. Dwa razy już zamówiłem wachmana, żeby go odprowadził. Podczas bowiem nagłej rewizji nie było go w domu, tłukł się gdzieś po wiosce. Musiałem wachmana dobrze posmarować, by mnie nie podał do ukarania i jego nie odprowadził do obozu. Za każdym razem tak skamlał, że bodaj i kamień by zmiękł. Kiedy już się zdecydowałem raz z tym nędznikiem zrobić koniec, każdorazowo matka po nieprzespanej nocy, blada, z podsinionymi oczami, wstawiała się za nim. Czyż mogłem się wstawiennictwu matki oprzeć? I tak się z tym człowiekiem biedziłem aż do wybuchu rewolucji. Kiedy otrzymałem rozkaz odstawienia ich z powrotem do obozu, skąd mieli być odesłani do swoich domów, zaopatrzyłem ich w żywność, która mogła im starczyć na dłuższy czas. Zadowolony byłem, że ów krzyż domowy z tym człowiekiem zniosłem aż do końca. Kostrzewa jednak, po powrocie do swoich, nie dawał mi jeszcze spokoju. Od czasu do czasu przysyłał mi błagalne listy o udzielenie mu materialnej pomocy, gdyż znajduje się w wielkiej biedze. Tego mi jednak było za dużo. Zignorowałem to bezczelne nabieranie mnie jeszcze i po wojnie.
STRONA POLITYCZNA. POŁOŻENIE WOJENNE
Nasza orientacja polityczna była jasna i nie ulegała żadnym wahaniom. Niepodległość Polski zależna była jedynie od zwycięstwa koalicji. [...]
Niemcy przygotowywali się do ostatniej decydującej ofensywy, która miała rozstrzygnąć los wojny. Na front rzucali, co tylko ruszać się jeszcze mogło. A nasi ludzie zdobywali się na coraz to bardziej pomysłowe sposoby, jak sztuczne wywoływanie obrzęków nóg, rąk i gorączki, i arytmii serca, by nie pójść na front. Między innymi nasz szwagier, który w międzyczasie wrócił z Syberii i miał być wysłany na front, uchronił się od tego losu. Z zapartym oddechem czekaliśmy na gorączkową, wielką ofensywę pod Reims. Wiadomości mieliśmy bardzo skąpe. Abonowałem co prawda - co było wolno - szwajcarskie pismo „Neue Zuricher Zeitung”, a dr Karasiewicz, gorliwy i wielce zasłużony działacz polski w Tucholi „Baseler Zeitung”. Każdorazowo spotka wszy się, wymienialiśmy między sobą dane pisma. Ale i z nich niewiele mogliśmy się dowiedzieć więcej niż z pism krajowych. Jak żeśmy się bowiem dowiedzieli, redakcje tych pism musiały drukować osobne wydania dla Niemiec. Wreszcie nadeszła już i ze źródeł niemieckich wiadomość o nieudaniu się tej wielkiej ofensywy niemieckiej 8e. Usprawiedliwiali Niemcy tę swoją klęskę zdradą ich planów wojskowych wrogowi. Teraz już było pewne, że los ich został przesądzony. Chodzić mogło już tylko o krótki czas, kiedy się zupełnie załamią.
Tymczasem atoli powaliła mnie i całą parafię na łoże boleści straszliwa choroba tzw. hiszpanka, która nagminnie nawiedziła i naszą okolicę i łatwo mogła sprawić niedoczekanie się przez nas tej tak gorąco upragnionej wolności Polski. Życie nasze bowiem wisiało na włosku. Wiadomość o rewolucji w Niemczech zastała mnie już prawie bezprzytomnego, ogarniętego gorączką przekraczającą 40 stopni
* Niniejszymi publikacja rozpoczynamy prezentacje fragmentów wspomnień ks. Józef Dembieńskiego (1879- 1962), który w latach 1916 – 1920 pełnił posługę kapłańską na placówce duszpasterskiej w Legbądzie k/Czerska.
Całość wspomnień ks. J Dembieńskiego z tego okresu zostały opracowane i zebrane przez prof. Andrzeja Bukowskiego i ukazały się w 1985 roku w książce: pt. Radości mało – goryczy dużo” – Pamiętnik Pomorzanina z lat 1879-1920.