Józef Weltrowski w ośrodku pocztu sztandardowego w rocznicę
odsłony pomnika Gryfa Kaszubskiego.
Rodzina Weltrowskich. Stoją Regina i Dawid, siedzą Marianna
Szmagglińska, dzieci - Genowefa i Jan, rodzice - Genowefa i Józef,
Leżą Zygfryd i Józef (1938 r.)
Ze swadą w głosie opowiada o swojej wczorajszej wyprawie na rodzime Kociewie. Odczuł nagłą potrzebę odwiedzenia kilkunastu miejsc, wprawdzie dobrze sobie z dawien dawna znanych. Jednak, że pragnie mieć na nich stałe baczenie, przeto i tego dnia, gdy wokół rozpostarły się uroki polskiej złotej jesieni, wprawił się swoim 12-letnim trabantem w te strony, dla których żywi nieskrywana atencję.
Józef Weltrowski, bo o nim tu mowa, to człowiek-omnibus. Rocznik 1924. Wciąż przejawia iście młodzieńczą aktywność. Za co się tylko weźmie, stara się to robić z pasją. A ma kilka spraw, które są mu szczególnie bliskie...
Z dawien dawna podążą życiowym szlakiem przywódcy „Gryfa Pomorskiego” ks.płk.Józefa – swego imiennika – Wryczy.
-Te miejsca z Nim związane są mi szczególnie bliskie – oświadcza. Osoba przywódcy „Gryfa”, może przez fakt niedostatecznego uznania, domaga się lepszego upamiętnienia. Z tą sprawą, w końcu niebagatelną, identyfikuję się w najwyższym stopniu.
I to, jak się okazuje, nie od dzisiaj. Jest autorem wielu publikacji o Osobie przywódcy „Gryfa”. Ma pełną świadomość jej zepchnięcia na historyczny margines...
- Pono jest współodpowiedzialny za śmierć kilku pomorskich rodzin – wejdę mu w słowo. Nic więc dziwnego, że w r.1942 zaprzestał działalności w konspiracji, jedynie ukrywał się, co wyszło na dobre jemu i jego otoczeniu.
Urodzony we wsi Jastrząb Weltrowski, dobrze zna tę kociewską okolicę.
Odwiedził przeto podstarogardzkie Kocborowo, gdzie niegdyś jego krewni, w roli pielęgniarzy, pracowali. Zakrzewo, gdzie w jednym z licznych miejsc porą wojny ukrywał się ks.Wrycza..
- Zachęcam Krzysztofa Steyera, pracownika muzeum Stutthof, by zabrał się za napisanie książki o osobie dowódcy„Gryfa”.
Odwiedził rodzime Jastrzębie, w sąsiedztwie Czarnej Wody..
Jednym razem odwiedzało nasz dom pięciu „gryfowców”, innym razem trzech, jeszcze innym siedmiu. Dostawało się sygnał z lasu, że odwiedzą nas trzy osoby. W naszym obejściu znajdowała się tajna drukarnia. I mimo trapienia nas gestapowskimi ubekami – jeden z nich przebrał się za...księdza – nie daliśmy się podejść.. Sławny „Japan” – Kossak Główczewski, znający wiele języków, w tym i łacinę, rychło tego ubeka znajomości mszalnej łaciny sprawdził..
Udał się do Czarnej Wody, gdzie w swoim czasie partyzanci szykowali zamach na Hitlera. W jego miejsce przyjechał....sobowtór. . Następnie na grób rozstrzelanych pod sam koniec wojny Żydówek. Była Niemcom potrzebna ich fizyczna praca.
I cmentarz w Czarnej Wodzie. Krewniak o imieniu Dawid żył jeszcze po wojnie. Był w „Gryfie”.
Był też w Osiecznej, w Zblewie, gdzie niegdyś upamiętnił miejsca martyrologii Kociewiaków. W Szlachcie i w Osówku. Miejscowościach upamiętnionych za sprawą dziewięciu cichociemnych, Polaków w brytyjskich mundurach. Był na pomniku w centrum Czerska, upamiętniającym m.in. osobę Jagalskiego. Spotkał kierownika szkoły w Łęgu Kazimierza Zabrockiego. Zmarły w Birmingham Stanisław Ossowski zapisał w swoim testamencie pewna sumę pieniędzy na rzecz szkoły w Łęgu.. W tej szkole znajduje się gablota poświęcona pamięci „Gryfa”..
Czarna Woda.. Na tablicy pamiątkowej omyłkowo umieszczono Kolice w miejsce Potulic. Trzeba to będzie poprawić...
Sprawy dziejów Armii Krajowej na Pomorzu stale mu się przecinają ze współczesnością. Z jego ukochanymi sportami wodnymi. Ze sportem kajakowym w pierwszym rzędzie. – Przecież tych wód na Pomorzu jest tyle, że trudno ażeby nie przywiodły mnie do kolejnych miejsc wartych upamiętnienia. Już z dawien dawna upamiętnionych..
Jednego razu dopłynął do Będomina...
Prominentom objaśniał o osobie twórcy Hymnu Narodowego. Ci wprost uwierzyć nie chcieli ażeby na Pomorzu urodził się twórca Mazurka Dąbrowskiego. Ile przekonywać musiał, ileż argumentów wyciągnąć z historycznego zanadrza.
On – strażnik pomorskiego grobu, wciągnął Lecha Krzyżanowskiego właściciela stadniny w Przywidzu .(Nie zna tych stron, pochodzi ze wschodu, ale objawia spore zainteresowanie tą ziemią) Do sprawy popularyzacji osoby Mariana Szustaka, przymusem wcielonego do wojska niemieckiego. Zbiegłego do polskich formacji na zachodzie.
I raptem natrafił na to odkrycie. Jego samego ono zaskoczyło. Niby był na jego tropie od dłuższego już czasu. Całym swoim dotychczasowym życiem kładł pod nie podwaliny. Należał do tych kilku byłych gryfowców, którzy byli do niego predysponowani. Miał i wiedzę po temu stosowną, i intuicję tyczącą tych spraw w całym ich skomplikowaniu..
On – aktywny współpracownik Środowiska Pomorskiego Światowego Związku AK z siedziba w Gdańsku, Fundacji Archiwum Pomorskiego AK w Toruniu (osoba Elżbiety Zawackiej jawi się tu jako świecąca szczególnym blaskiem). On – syn rolnika, właściciela gospodarstwa rolnego o areale 27 ha. Wychowany od zarania w terenach leśnych, potrafił dzięki temu przeżyć koszmar okupacji. A gdy przyszło w służbie w LWP na terenie Bieszczad, czuł się w tym terenie niczym na rodzimym Kociewiu.
Uprzednio – od roku 1939 – bywał blisko sądów doraźnych Wehrmachtu. Tych w Piaśnicy, w Szpęgawsku, w Grudziądzu, w Tucholi, w Toruniu.
To Weltrowski zdobył w Czersku ową drukarnię, którą następnie zainstalował w obrębie rodzinnego gospodarstwa w Jastrzębiu na terenie Borów Tucholskich. Zaledwie 14-etni – rzecz trudna do uwierzenia – młody człowiek, obdarzony był, na równi, odwagą, jak i brakiem wyobraźni. Polskie słowo bywało wówczas sąsiednie z walką zbrojna. W tym przypadku konspiracyjnej walki braci Jana, Juliana i Wincentego Szmaglińskich, Ignacego Ebertowskiego przy pomocy ich siostry Genowefy Weltrowskiej, we współpracy ze sławnym niebawem z racji brawurowych akcji gryfowcem por. Janem Szalewskim, ps. Soból.
Zasady konspiracji nakazywały szczególnej uwagi zwróconej na sprawy bezpieczeństwa. Nad bunkrem pracowano bez mała przez miesiąc.
Maszyna została „wykradziona” z Czerska od familii Zemke.
Instalacja maszyny drukarskiej odbyła się bez większych problemów. To za sprawą gazetki poszła w świat wiadomość o wykolejeniu niemieckiego frontowego pociągu.
Drukarnia nie wpadła. Nic się nie stało złego ludziom, którzy brali udział w jej instalacji i codziennej pracy. Doczekali okresu powojennego.
Sam Józef Weltrowski, po okresie służby w LWP rozpoczął pracę w gdańskich stoczniach. 30 lat przepracował w stoczni gdańskiej. Miedzy innymi przy budowie rudowęglowca „Sołdek”. Bywał szlifierzem, archiwistą, kierownikiem księgowości, technologiem okrętowym. Na tym stanowisku dotrwał aż do emerytury. Przygarnął do swego gdańskiego mieszkania we Wrzeszczu oboje rodziców. Życie osobiste niezbyt mu się ułożyło. Żona opuściła go dla kochanka i mieszkania w Bremie. Zajął się wychowywaniem 3.5-letniej córki. Urlopy wykorzystywał na pracę komandora spływów kajakowych po terenie Kaszub, Kociewia oraz Borów Tucholskich..
Nie zaprzestał dociekania w sprawach „Gryfa”.
O swoim odkryciu archiwum Gryfa Pomorskiego” z miejsca powiadomił Archiwum Państwowe w Gdańsku. Część zbiorów przekazał do Muzeum Kociewskiego w Starogardzie. 340 sztuk gazetek okupacyjnych otrzymało Archiwum Państwowe w Warszawie. Inną część archiwa w Toruniu, Archiwum Wojskowe, archiwum w Krakowie..
Trudno nie zauważyć, że to arcyważne dla dziejów pomorskiej konspiracji znalezisko znajdowało się na linii osobistych zainteresowań Weltrowskiego. Trudno się więc dziwić, iż znalazcą pomorskiego „skarbu” był ktoś kto zgromadził wszystkie 35 tomów serii Archiwum Armii Krajowej.
Jako emeryt miał czas dla realizacji swoich rzeczywistych pasji – tej wodniackiej i tej historycznej, uwiecznionej tak niezwykłym znaleziskiem..