Przytarnia, figura Matki
Boskiej £ąkowskiej, obok
XVIII-wieczna rzeźba Św. Józefa
„ Umiera człowiek, ale pozostaje po nim słowo,
specyficzny gest, klimat uczuciowy, który roztaczał”.
/ Antoni Kępiński /
Czas biegnie nieubłaganie szybko. Pamięć o tych, którzy odeszli, przedłuża ich obecność wśród nas.
W tym roku mija 20 lat od śmierci mojego ojca – Franciszka Studzińskiego.
W ostatnich latach życia, będąc już na emeryturze , pisał pamiętnik, który zatytułował: „Pamiętnik moich czasów”. Spisane wspomnienia zakończył taką nadzieją: „Może te moje kronikarskie zapisy „raz kiedyś” dotrą do szerszego kręgu czytelników”. Jest okazja ( a nawet synowski obowiązek), aby jego nadzieję spełnić i upublicznić „Pamiętnik” na łamach „Naji Goche”!
Profesor Józef Borzyszkowski, który korzystł z „Pamiętnika” przy opracowaniu monografii: „Tam, gdze Kaszeb początk”, ocenił go następująco: „Pamiętnik Franciszka Studzińskiego jest tak ciekawym dokumentem, że z trudem bronię się przed dalszym cytowaniem części.....(...) Jego znakomita wartość polega na szerokiej panoramie życia codziennego w szerszym kontekście dziejów społeczno – politycznych Polski na Pomorzu”.
Pragnę czytelnikom przedstawić „Pamiętnik” w całości, tak jak został napisany, z oryginalną pisownią i całą jego wartością dokumentalną
Zbigniew Studziński
Franciszek Studziński
Pamiętnik moich czasów
(odcinek I )
Dziadkowie i rodzice
Dziadek mój Marcin Studziński posiadał domek pod strzechą postawiony niegdyś na gruntach należących do dóbr Cichockiego, z których w latach 1905-1908 została wydzielona działka pod budowę szkoły i ziemia dla nauczyciela . Domek ten, jak to dawniej nazywali, posiadał dwa końce, czyli bliźniaczy. Dziadek podzielił go dla dwóch synów Wincentego i Teodora – sam pozostał – zamieszkał u Teodora, czyli u mojego ojca. Ziemi własnej nie było.
Po kilkunastu latach ciężkich zmagań pracy nad utrzymaniem rodziny, szczególnie w Niemczech, dziadek mój nie wyrobił sobie renty czy emerytury – bo taki był system zatrudnienia. Nie chcąc być ciężarem syna dorabiał sobie na życie na pleceniu koszy różnego rodzaju, nawet artystycznego. Na kosze te miał duży zbyt. Jak opowiadali starsi bracia i siostry, był bardzo wesoły i dobrego usposobienia. Zmarł w sędziwym wieku.
Ojciec mój Teodor Studziński z młodszych lat wędrował za pracą po za granicami Polski, szczególnie w Niemczech. Pracował przy budowie Kanału Kilońskiego, przy budowie portów w Hamburgu i Bremie, na wyspie Halgoland przy budowie fortyfikacji i innych. Robotach. Tam zapoznał się z niemieckim ruchem robotniczym kierowanym przez Karola Libknechta.
Gdy się ożenił, chciał być bliżej rodziny i pomagać matce w wychowaniu dzieci. Rozpoczął prace w gospodarstwie rolnym Jana Bruskiego ( ojca dr Józefa Bruskiego na Robaczkowie) i jemu wiernie służył przez 45 lat. Przywiązał się do tego gospodarstwa uważając je jako cześć swojej własności.
Gdy podrosłem opowiadał mi o swojej tułaczce po świecie, jak należy szanować pracę i swojego chlebodawcę. A że były to lata wielkiego kryzysu i bezrobocia ostrzegał: Jak opuścisz gbura, gbur ciebie opuści. Z tego też zrozumienia nie zabrakło u nas w domu środków do życia. Pracował na tak zwanym zaciągu. Była to praca ciągła przez niego samego wykonywana, a we żniwa również do pracy chodziła matka. Jako wynagrodzenie otrzymywał taki kawałek ziemi, ile posiadał nawozu organicznego pod ziemniaki. Po ziemniakach na tym samym kawałku zasiewał żyto – czyli zbierał dwa zboża. Ponadto otrzymywał 2 morgi łąki na utrzymanie krowy, działkę pod brukiew, kapustę i inne warzywa. Torfu na opał tyle ile sobie zrobił, a że był tak zwany „les”, trzeba było zrobić rocznie kilka, a nawet kilkanaście tysięcy sztuk cegieł. Zwózka płodów rolnych, uprawa ziemi, zwózka opału, siana itp. były wliczane w wynagrodzenie za pracę czyli deputad. Ponadto mógł sobie nakopać pionków sosnowych tyle ile chciał. W zamian za posiłki przy pracy , obiad, drugie i trzecie śniadanie ,otrzymywał 14 korcy, a później centnarów żyta.
Z posiłkami było gorzej. Robaczkowo jest oddalone od wsi (Przytarni) około 2 km. W okresie dwugodzinnej przerwy obiadowej musiał przyjść do domu, zjeść obiad i np. wyklepać kosę i wrócić do pracy. Lżej mieli ci robotnicy, którzy mieszkali w Robaczkowie. Gdy praca odbywała się w lesie, czy na łąkach, to jest w miejscach odległych, wtedy otrzymywał pełne wyżywienie od gospodarza.
Otrzymywał wolne dni od pracy do siana i zbioru własnych plonów , kopania torfu i pionków, ich zwózki i łupania, młócenia własnego zboża, grabienia i zwózki igliwia na ściółkę. Sieczkę dla krowy robił wieczorami, a w porze zimowej przy lampie naftowej. Był bardzo skryty, zamknięty w sobie. Do nikogo się nie żalił na swój los.
Nigdy nie chorował, a jeśli mu coś niedomagało, najczęściej w niedzielę wygrzewał się na słońcu za stodołą żeby wyleczyć. Mawiał: natura spowodowała chorobę i natura ją wyleczy. Tak też było. Przeżył 88 lat . Skonał tak spokojnie, jak spokojnie żył. Byłem przy jego zgonie. .
Matka moja była bardzo obrotna i zaradna. Umiała wszystkie roboty ręczne: szycie (chociaż nie posiadała maszyny), hafty, szydełkowanie, była doskonałą prządką, umiała robić na drutach i także na krosnach, dobrze prała i prasowała białe koszule męskie z usztywnionymi kołnierzykami i mankietami. Toteż roboty miała pełne ręce. Tymi pracami pomagała ojcu w utrzymaniu rodziny. Wychowała siedmioro dzieci – 3 chłopców i 4 dziewczyny. Abonowała czasopismo religijne : „Rycerz Niepokalany” i „Posłaniec Serca Jezusowego”. W chwilach wolnych, a szczególnie w niedziele czytała je głośno wszystkim, bo chciała podzielić się wiadomościami z całą rodziną. Zarówno matka, jak ojciec do śmierci nie potrzebowali do czytania okularów. Była, jak można to nazwać, lokalną patriotką. Toteż nie bała się przenosić w czasie okupacji poczty do osób ukrywających się po lasach tym, którzy utrzymywali kontakty z księdzem Wryczą. Żeby nie wpaść w pułapkę policji czy gestapo zabierała ze sobą w koszyku jajka kurze na wymianę na kacze. Raz w taką pułapkę wpadła u Lizakowskich w Knieji, lecz te jajka w koszu pomogły starej babuni się uwolnić z paszczy smoka. Listy nosiła w kieszeni specjalnie zrobionej w halce. W dniu tym policja zastrzeliła ukrywającego się w Knieji byłego policjanta z Kościerzyny o nazwisku Kukułka, który również działał w konspiracji.
Ojcu i matce dopisywało zdrowie. Matka umiała pieszo w jednym dniu pójść po zakupy do Brus (15 km ) albo Czerska ( 21 km ), a nawet Kościerzyny ( około 50 km przez lasy ), by zabezpieczyć potrzeby dnia codziennego i wrócić w tym samym dniu do swojej codziennej pracy. Miało to szczególnie miejsce w okresie I wojny i na początku II wojny światowej, kiedy brakowało: soli, cukru, nafty czy też innych artykułów pierwszej potrzeby. Byli bardzo gościnni. Mimo, że ciężko pracowali i potrzebowali odpoczynku, pozwalali w swoim mieszkaniu na spotkanie dzieciom z koleżankami i kolegami ze wsi. Nasze mieszkanie było zawsze pełne młodzieży, przeważnie w niedzielne popołudnie i w wieczory w zimie. Ja i mój brat Janek nauczyliśmy się grać na skrzypcach własnej roboty i na mandolinie ( 16 strunowej ) wypożyczonej od Janka Orlikowskiego. Przygrywaliśmy na tych instrumentach młodzieży do nas przychodzącej, a nawet urządzaliśmy małe potańcówki. Latem potańcówki odbywały się na naszym podwórku. Wtedy już był większy skład zespołu muzycznego. Czasem przychodził pograć na harmoszce Boleś Zabrocki. Te schadzki zaczęły powoli się kończyć u nas, gdy młodzież za własne środki wynajęła pomieszczenie na świetlice u Czapiewskich, a później przeniosła się do wybudowanej sali u Milanowskiego.
Zamierały powoli te uciechy, gdy brat, a potem ja odeszliśmy do czynnej służby wojskowej, a ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. (c.d.n.)
*
Babcia – autora pamiętnika(żona Marcina Studzińskiego) miała na imię – Pelagia z domu
a jego matka ( żona Teodora Studzińskiego ) – Zofia z d. Kuklińska. /tz/