Nie w mojej naturze jest prosić (czy donosić), ale szlag mnie trafia gdy widzę ukryte w ramach organizacji społecznej czy w strukturach samorządowo-państwowych „kolesiostwo”, sprawowane przez tych, co ze społecznego nadania mając dostęp do samorządowych czy państwowych „źródeł finansowych”, uzyskują z nich fundusze pod hasłami czynienia dobra dla wielu, a po czym robią wszystko, by dać swoim.
Stąd ośmielam się zwrócić z uprzejmą prośbą o społeczne zainteresowanie się kwestią celowości i wielkości środków, jakie otrzymują np. na Pomorzu niektóre z organizacji - nie tylko społecznych, ale także prywatnych - będące pod tzw. egidą - opieką tych pierwszych.
Z wielu zaobserwowanych „gołym okiem” spraw wynika, że w ramach tych organizacji działają „siły” (pieszczochy) wykorzystujące niewątpliwy ich autorytet dla realizacji jakichś dziwnych - być może prywatnych - interesów (nie tylko materialnych), a także do realizacji prywatnych ambicji politycznych.
Oto pierwszy z brzegu przykład: b. Fundacja Liberałów z Gdańska, dzisiaj tak prominentnie przez swych członków, w tym założycieli, umocowana w stolicy, bierze środki finansowe (pozbawiając innych, którym one słusznie by się należały) z publicznych kwot przeznaczonych na kulturę województwa pomorskiego, by nimi wspomagać wydawanie czasopisma pt. „Przegląd Polityczny”. Obecnie, po wielu protestach ten benificjent powołał, być może dla zmyłki, Stowarzyszenie Kulturalno-Edukacyjne „Kolegium Gdańskie”, które, jak to się miało za Fundacji Liberałów, kiedy to jeszcze z nią był oficjalnie związany Pan X i inni panowie, otrzymuje do dzisiaj hojną ręką z Urzędu Marszałkowskiego (niektórzy określają go jako „peowski”) spore środki finansowe. na wydawanie tego czasopisma. W tym względzie od lat obowiązuje ta sama coroczna taksa w kwocie 40 tys. zł.
Także generalnie niejasna wydaje się być polityka w szafowaniu środkami publicznymi wyrażająca się wielkościami i obszarami przyznawanych dotacji na tzw. mniejszości narodowe i etniczne i język regionalny, jakiej dokonuje Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Wydaje się, że w zakresie języka regionalnego (a przecież język to nie tylko gołe artykułowanie bla, bla, ale przede wszystkim wszystko to, co pozwala mu trwać w świadomości społecznej i kulturze regionu).jego pojęcie, uzewnętrznione poprzez przyznawane środki, ogranicza się właśnie do wspomagania tegoż to ble, ble.
Ponadto wydawać się może, że podział środków w tym miejscu (MSWiA) i w tym podpunkcie odbywa się na zasadzie dawania środków jednej tylko „słusznej” sile kaszubskiej, która zdaje się mieć jedyny i nieomylny ideowo monopol na „mowę regionalną” - przy dyskryminacji innych działających na tym obszarze organizacji, które nie mają siły dotarcia do tegoż źródełka.
Nie wiem, co w tym zakresie mówi ustawa antykorupcyjna, ale niezdrowym i podejrzanym jest fakt, iż senator RP, a przy tym szef tzw. kaszubskiego koła parlamentarnego (nie wiem czy takowe wg struktur parlamentu jest w jego schemacie), mówiąc delikatnie lobbuje na organizację, w której jest członkiem władz naczelnych. Z kolei jej prezes (który ponadto jest szefem Stowarzyszenia „Ziemia Pucka”), jest funkcyjnym samorządowcem, pełniąc stanowisko starosty powiatu. A przy tym rodzinnie związany jest z podmiotem prywatnym, który przez to Stowarzyszenie otrzymuje w tym roku z MSWiA 300 tys. zł. Itd., itd.
To nie są z mej strony ani donosy, ani nieuzasadnione żale. Po prostu mam prawo i żądam, by być tak samo traktowany jak ci „lepsi”, tak samo jak oni mam - jako kaszubsko-pomorska organizacja społeczna pożytku publicznego - być otaczanym przez stosowne organy życzliwie. Nie byłoby z mej strony pretensji, które są wynikiem poczucia niesprawiedliwości, a przede wszystkim bezsilności, która w tym przypadku zasadnie urasta do stanu zawiści, gdyby wszelkie społeczno-samorządowo-państwowe listy dotacji (itp.) były swoistym kompromisem i w konstytucyjnej równości honorowały wszystkie podmioty, które z mocy ustaw (równych dla wszystkich) chcą sprawiedliwie być traktowanie przez urzędy, które mają pod swą „opieką” ten obszar społecznej aktywności.
Stąd proszę się nie dziwić, że rodzi się m.in. we mnie ten bunt, a na usta cisną się pytania, dlaczego nasze szerzej pojęte niż kaszubskie, bo także pomorskie Obywatelskie Stowarzyszenie „Naji Gòchë” o statusie fundacji i organizacji pożytku publicznego, czyli działające w pełni społecznie, mające wiele dokonań, nietracące publicznych środków na etaty, reprezentacje, biura, splendory, jest traktowane nawet nie drugorzędnie, ale z pogardą czy wręcz z niesmakiem, niczym gówniane popłuczyny.
Jak Sz. Państwu wiadomo, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie nie jest jedyną pozarządową organizacją na Pomorzu działającą na rzecz Kaszëbizny, a zdawać się może, że na takową jest ono kreowane przez niektóre swe gremia (np. na gruncie prywatno-towarzysko-organizacyjnym i poprzez powiązania rządowo-parlamentarno-partyjne), wmawiające wszem i wobec swój monopol na działania na polu tradycji, patriotyzmu i kultury regionalnej, w tym powołujące przybudówki organizacyjne. Nie będę ich tu wymieniać i z tego powodu wstrzymam się od komentarzy w tej kwestii. Niemniej tak kreowane sytuacje na „rynku” pomorskich organizacji powodują, że dla „władzy” inne organizację są nieważne, niewarte przysłowiowego „funta kłaków”.
Do tych innych, wg mnie dyskryminowanych organizacji społecznych (pomimo że ze swej strony w miarę swych sił czynią więcej niż sporo, nieotrzymując na swoją pracę ani jednego publicznego grosza finansowego wsparcia, nie mówiąc o zwykłych słowach podziękowania) należy prowadzona przeze mnie Fundacja Naji Gòchë.
Skąd to moje rozgoryczenie, nb. godne zainteresowania odpowiednich struktur strzegących prawa, i to być może tych z zakresu działań antykorupcyjnych?
Otóż, z jakiej racji tylko ZK-P jest uprzywilejowane i ze środków publicznych (z tzw. programów konkursowych na rzecz ustawowego języka regionalnego, którym i my, m.in. nasza fundacja, się posługujemy i troszczymy o jego zachowanie) otrzymuje na swoją działalność grube tysiące złotych? I to nie tylko z jednego „źródełka” (MSWiA), ale i innych, bijących np. w Urzędzie Marszałkowskim, MKiDN oraz w samorządach trójmiejskich.
Proszę otworzyć stronę internetową MSWiA i zakładkę „Dotacje 2008” (a także 2009) i odszukać w tabeli wielkość dotacji na rzecz ZK-P. I ich wielkość (oraz monopol) porównać na tle wymienionych tam innych aplikujących organizacji (w tym naszej) z kręgów kaszubsko-pomorskich. Poszukać też tam innych, ustawowo równych ZK-P wymienionych podmiotów i spojrzeć na wielkość, celowość i rodzaj przeznaczanych środków.
I cóż się możemy dowiedzieć? Np. że na działalność bieżącą Zarządu Głównego ZK-P w 2008 r. z MSWiA wyasygnowano 148 073,39 zł, a na ten rok 156 000 zł, plus na działalność „Rady Języka Kaszubskiego” (przybudówki ZK-P) w 2008 r. - 88 443 zł, a w 2009 r. - 67 900 zł.
A na wydanie w 2009 r. komiksu „kaszubskiego” ZK-P o/Bytów z MSWiA otrzymuje 40 tys. zł, do których Urząd Marszałkowski dołożył 8 tys. złotych!!!
Nie wspominam o innych pozycjach, ale muszę odnotować tę, która dla mnie jest najważniejsza i bulwersująca jako dla wydawcy i redaktora kaszubsko-pomorskiego magazynu regionalnego „Naji Gòchë”, tworzonego z takim wysiłkiem finansowym, a przede wszystkim przy takim oddaniu skupionych wokół jego tworzenia społeczników. Magazynu, na który jest spore, autentyczne społeczne zapotrzebowanie.
Dla jasności muszę wspomnieć, że Fundacja NG (jak to brzmi dumnie i zamożnie). jest niczym innym jak jednoosobowym - ale chyba sprawnym i wydajnym - tworem, działającym dzięki społecznej pracy i oddaniu dla Kaszëbizny i Pomorza jej założyciela. Wydatki Fundacji NG są po części pokrywane z emerytur, jakie otrzymują jej 67-letni prezes (któremu się chce jeszcze społecznie działać) i jego małżonka, która jest społeczną przewodniczącą Rady Fundacji, a także są wspomagane również z części emerytur dobroczyńców i bezpośrednich społecznych uczestników zaangażowanych w jej działania..
Czy nie żenujące jest to zestawienie kwot pozostających w dyspozycji Fundacji NG, na jakie może ona liczyć, z krociami, jakie otrzymują „lepiej umocowane” gremia?. Jak naiwnie wyglądam jako prezes tej Fundacji mając w garści ten emerycki grosz w stosunku do w/w kwot, którymi dysponuje np. także moje ZK-P!
Niemniej gdyby przyszło do oceny, co za te groszowe środki robi Fundacja NG, to nie wypadłaby ona blado na tle efektów działań tej nadmuchanej (w ostatnich latach) państwowo-społecznym groszem organizacji, której notabene jestem od 35 lat czynnym członkiem.
Ze sprawozdania ZK-P za rok 2007 dowiadujemy się, że to społeczne stowarzyszenie zatrudnia 12 pracowników etatowych. W części księgowo-gospodarczej sprawozdania czytamy, że:
1. Przychody uzyskane w 2007 roku w ramach działalności statutowej wyniosły 735 023,72 zł i zostały uzyskane w ramach działalności odpłatnej. Przychody operacyjne pozostałe (w tym dotacje) dały kwotę l 228 097,13 zł. Działalności gospodarczej nie prowadzono.
2. Poniesiono następujące koszty: realizacja celów statutowych - 705 499,78 zł, administracja - 824 605,21 zł, działalność gospodarcza - 0, pozostałe koszty (poza działalnością statutową) - 31 159,46 zł.
3. Wypłaty wynagrodzeń w 2007 roku: z tytułu umów o pracę - 235 336,30 zł, w ramach umów zleceń - 214 077,10 zł, honoraria - 112 199,09 zł.
4. Narzuty na wynagrodzenia ogółem - 45 624,86 zł.
Czytając te dane dostaję kolejnego zawrotu głowy, a w marzeniach wierzę, że być może na działalność naszej Fundacji i wydawanie magazynu „Naji Gòchë” dostanę kiedyś chociażby w minimalnej części takiej wielkości wsparcie!
Oczywiście przykładem ZK-P posługuję się, bowiem znam bardzo dobrze jego mechanizmy działania.
Generalnie - czy nie przesadą jest, by tyle setek tysięcy złotych z publicznych środków przeznaczać (nadal na przykładzie MSWiA) na administrację (zarządy, księgowość, prowadzenie biur itd.), a nie na merytoryczną działalność organizacji mniejszości etnicznych? Ten fakt wydaje mi się oczywistym marnotrawstwem, uważam, że przez takie „rozpieszczanie” tychże niepolskich narodowo organizacji robi się im krzywdę, w wyniku której zatracają one zmysł przedsiębiorczości stanowiący o ich społecznym charakterze, niwecząc ich poczucie samodzielności, niezależności i samostanowienia.
Ale do rzeczy, czyli do spraw wydawanego przez Fundację magazynu „Naji Gòchë” Ten rok jest 8-ym rokiem ukazywania się magazynu. Boję się, że ze względu na odmowę (niemalże coroczną) udzielenia mam pomocy w tym względzie, może być ostatnim rokiem jego wydawania.
W tym roku póki co nie otrzymaliśmy żadnej pomocy w tym względzie, ani z MSWiA, ani z Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku, który w ignorowaniu nas od wielu już lat jest konsekwentny, mając swoje gdańsko-metropolitarno-partyjne priorytety, takie jak np. wyżej wspomniany „Przegląd Polityczny”. Urząd ten przez wiele lat, jak i w tym roku nie zhańbił się przyznaniem nam środków na chociażby jeden z naszych tegorocznych wniosków, których złożyliśmy 4, w tym jeden dotyczący kultury fizycznej.
A tak naprawdę zawrotnych kwot nie potrzebujemy. W zakresie wydawania gazety wystarczyłoby (oczywiście poza naszą społeczną pracą) 40 tys. złotych, o które wystąpiłem do MSWiA licząc, że będą mi one przyznane i przydzielone w ramach ustawy o języku regionalnym. No i cóż? Otrzymałem zero, a za to (merytorycznie nie zazdroszczę) wydawana przez ZK-P „Pomerania” (wokół której zda się, że dostatnio żyje redakcyjny krąg) otrzymała 100 tys. złotych!!! I na tym nie koniec, bo już pan Marszałek WUP w Gdańsku dał jej dodatkowo 60 tys. zł, a za chwilę będą inni Wspaniałomyślni!
W 2008 r. na wydawanie miesięcznika „Pomerania” wyasygnowano z publicznych środków (oczywiście w ramach konkursów, przez które np. „Naji Gòchë” nie mogą w jakiś dziwny sposób przebrnąć, a jak tak, to z marnym wynikiem): z MSWiA - 97 380 zł, z MKiDN - 50 000 zł, a z Urzędu Marszałkowskiego w Gdańsku 60 000 zł (nie doliczam dotacji z samorządów trójmiejskich), co razem stanowi 207 380 zł. Wydano 12 numerów po 1000 egzemplarzy (jak doniosły wiewiórki drukowano nie 1000, a 700 egzemplarzy), co dało 12000 egzemplarzy, a więc wydanie 1 egzemplarza „Pomeranii” kosztowało 207380:12000 = 17,28 zł.
W tym samym roku „Naji Gòchë” otrzymały 22 tys. zł z MKiDN i 8 tys. zł z Urzędu Marszałkowskiego. Za tę kwotę wydano 6 numerów po 1000 egzemplarzy = 6000 egzemplarzy, co pokazuje, że koszt wydania 100-stronicowego magazynu wyniósł 5 zł.
Kwoty, jakimi dysponowała Redakcja „NG”, są także śmieszne w porównaniu do wielu set tysięcy złotych, jakie wyasygnowało Ministerstwo SWiA na czasopisma tzw. mniejszości narodowych i etnicznych. Można od tych sum dostać zawrotu głowy, na co osobiście jestem narażony otrzymując na wydawanie w tym roku „NG” - 0 złotych!
Kolejne kwiatki w tym względzie to to, za jakie środki i kto ma powołać (publiczną czy prywatną?) Telewizję Kaszubską. Pierwsze próby w tym względzie już były, a co będzie dalej? No cóż, pożyjemy zobaczymy!
W związku z powyższymi „żalami” i wyrażoną przez nie nadzieją proszę o pomoc i zainteresowanie się kwestią ocalenia magazynu i Fundacji „Naji Gòchë”.
Dziękuję!!!