Na przełom lat 2008/09 zapowiadano drugi tom „Historii Kaszubów”, który jak na razie się nie ukazał. Nie należy się tym jednak martwić, bo w dziedzinie badań historycznych zbędny pośpiech nie gwarantuje sukcesu. Można za to spokojnie zagłębić się w już wydaną książkę, nie zwracając specjalnie uwagi na rok jej produkcji (2006). Nie znalazła ona niestety zbyt licznych komentatorów i czytelników, sugerowałbym więc, by poniższą recenzję potraktowano także jako zachętę do jej lektury. Od niedawna tekst książki jest dostępny w internecie na stronie www.biblioteka.wejherowo.pl.
Przebrzmiały jubileuszowe pochwały i myślę, że można już na spokojnie omówić najważniejszą dla pomorskich czytelników książkę, jaka ukazała się w ostatnich latach - pierwszy tom „Historii Kaszubów w dziejach Pomorza” Gerarda Labudy. Planowane są dwa kolejne, które piszą prof. prof. Zygmunt Szultka i Józef Borzyszkowski, a wydać zamierza pewnie również Instytut Kaszubski w Gdańsku. Na to trzeba jeszcze poczekać.
Tom, który mamy, obejmuje dzieje północnej Polski i zamieszkujących ją ludów od pierwszych wzmianek starożytnych do hołdu pruskiego z 1525 r. Zasięg geograficzny opisanych wydarzeń jest bardzo szeroki: od Danii po Węgry i Moskwę, zahacza też o papiestwo, Turcję, a nawet Hiszpanię (zakon kalatrawensów sprowadzony ongiś przez księcia Świętopełka na Pomorze). Głębokość tematyczna, że tak powiem, jest spora, chociaż dominuje historia polityczno-ustrojowa. Nie przeszkadza to jednak prof. Labudzie omawiać spraw pobocznych lub jawnie przyczynkowych, jak mit o Damroce czy rozboje Maternów. We wstępnych rozdziałach znajdujemy z kolei rozważania ogólne, m.in. o nazwie i pochodzeniu Kaszubów, wędrówkach ludów, języków i nazw oraz hipotetycznym mateczniku Słowiańszczyzny.
Ważnym elementem książki Profesora jest dyskusja źródeł i omówienie dotychczasowej bibliografii tematu i stanu badań, które spotykamy po każdym z 16 rozdziałów „Historii” w postaci komentarza (ok. 1/5 tekstu). Obfitość referencji jest nadzwyczajna, a warto podkreślić obecność w nich prac publikowanych nie tylko w najbardziej znanych językach konferencyjnych. Dodatkowo przekrój czasowy jest imponujący - od inkunabułów do literatury z naszej strony niedawnego przełomu tysiącleci. Z niektórych najnowszych dociekań (np. E. Rymara, B. Śliwińskiego czy M. Dzięcielskiego) prof. Labuda często korzysta - i równie często z nimi polemizuje. Pasja polemiczna Profesora jest nutą basową „Historii Kaszubów”, a podejrzewam, że i niegasnącym żywiołem naukowego żywota Kaszuby z Poznania. Wszystko to można wyłącznie komplementować. Daje się też w książce zauważyć piękny łuk formalny: zaczyna się ona dziejami pierwszych, XVI-wiecznych „Historii Pomorza”, a dociera do czasów im współczesnych i ponownie przywołuje postaci ich autorów, Jana Bugenhagena i Tomasza Kantzowa, najwcześniejszych antenatów Labudy-dziejopisa.
Jako taka „Historia Kaszubów w dziejach Pomorza” jest oczywistą córką pierwszego tomu „Historii Pomorza”, i to zarówno w układzie, jak i nawiązywaniu, a nawet czerpaniu dosłownym pewnych materiałów: map, ilustracji i cytatów. Nie jest jednak jej kopią ani nawet skrótem, już nawet przez odniesienia do nowszej literatury oraz parokrotne autokorekty Profesora względem wcześniejszych tez. Tym niemniej należałoby się zastanowić nad uaktualnionym wydaniem tej pierwszej, zwłaszcza że jest ona ponoć na ukończeniu. Zdrapanie z niej marksistowskiej terminologii, obecnej chyba głównie w tytułach rozdziałów - różnych „schyłków” i „kryzysów feudalizmu” - nie powinno być problemem, a pożytek oczywisty.
W związku z pokrewieństwem obu książek wypada postawić pytanie o rozumienie i sens historii oraz „Historii” Kaszubów. Profesor Labuda widzi ją szeroko i wysuwa tezę o wędrówce ludu kaszubskiego z Pomorza Zachodniego na Wschodnie i przeniesieniu nazwy Kaszub i Kaszubów. Tezę swą dokumentuje dostępnymi źródłami pisanymi i językowymi, opierając się m.in. na najstarszej wzmiance o księciu Kaszub, którym ma być jeden ze szczecińskich Bogusławów z przełomu XII i XIII w. Takie rozumienie zagadnienia nie jest oczywiście jedynym słusznym (już choćby tylko ze względu na najistotniejszy problem: ciągłości), ale wpływa ono na zakres geograficzny omawianej tematyki. Chciałbym jednak zauważyć, że każde inne ujęcie będzie zawsze zawężeniem względem Labudowego, stąd jasno widać jak wielką książką nas - Kaszubów obdarzył.
W tym miejscu najwyraźniej napotykamy też problem wizji historii, którą prezentuje prof. Labuda. Jest to dziejopisarstwo budowane głównie na zachowanych dokumentach, poszukujące ich logicznej i spójnej interpretacji, widzące dzieje jako pewną strukturę, poetycko zwaną niekiedy gmachem, czy nawet katedrą. Ograniczenia takiej koncepcji są oczywiste, w jak najostrzejszej wersji spotykamy się z nimi przecież i dziś, więc nie ma powodu, by wiele o nich mówić, ale warto mieć je na uwadze, i to zarówno przy lekturze, jak i przy pisaniu „wiekopomnych” ksiąg - historia ma wszak też swoją historię. Analizę dokumentów, nierzadkie fałszerstwa których wzmiankuje Profesor, muszą uzupełniać badania archeologiczne, czysto kulturoznawcze (o nich krótko w rozdz. II), socjologiczne, antropologiczne, a nawet kryminalistyczne, a w niedalekiej przyszłości pewnie też testy DNA. Inaczej zagadnienie takie jak dzieje jakiegoś ludu - niewątpliwie niełatwe i nieoczywiste - utraci wiele ze swych istotnych wymiarów, a pewnie też i urody. Może stanie się mniej regularne i przejrzyste, ale czy historia jest albo musi być logiczna?
Wątpliwości tego typu nasuwa się przy lekturze „Historii” Labudy więcej, ale za takie myślowe „drożdże” możemy być Profesorowi tylko wdzięczni. Wierzę, że jego wysiłek podejmą dalsi badaczy, wszak historyczne „żniwo” wielkie, a nikt chyba nie chciałby, aby Kaszuby okazały się jakąś „północną Lodomerią”, żywą wyłącznie na szacownych starych pergaminach. Zaś Kaszubi, lud wędrowny a dawny, historią sławny, powinni wytężyć siły w kierunku przyszłości, bo bez przyszłości NIE MOŻE istnieć i prawdziwa historia. Myślę, że w tej perspektywie najlepiej postrzegać zarówno historię, jak i „Historię” Kaszubów i Kaszub.
Wszystkie powyższe uwagi kieruję pod adresem PT Autora, zaś część krytyczną mej recenzji muszę zadedykować jego Wydawcom. Niestety, niedobrą tradycją publikacji Instytutu Kaszubskiego staje się karygodna dezynwoltura redakcyjna. Pominięcie w „Historii Kaszubów” indeksu osób i nazwisk oraz przejrzystej i kompletnej bibliografii, a nawet pełnego spisu treści (!), uważam za niepoważne i nieprofesjonalne. Całkowicie na miejscu byłyby sylwetki głównych aktorów oraz chronologia dat, ponieważ narracja książki ma swoje zakręty. W cytatach z reguły pomija się adresy bibliograficzne (tylko rozdz. I i XII pozytywnie odbiegają od średniej), nie ma też przypisów, a cała informacja jest skomasowana na końcu rozdziału. Nie można więc ustalić cytowanych autorów, których często i prof. Labuda nie identyfikuje pisząc tylko „znawca przedmiotu” lub „kompetentny badacz”, anonimowi pozostają też najczęściej tłumacze. Książka posiada wprawdzie indeks autorów, lecz pełne hasła bibliograficzne są nierzadko podawane dopiero przy którymś kolejnym przywołaniu danej pozycji, zdarza się, że w paru wersjach (np. Kujot - 3 daty, „Deutsche Geschichte” - kilka odmian). Wielu autorów jest nadzwyczaj płodnych, więc znalezienie czegoś w 500-stronicowej księdze staje się zajęciem dla doświadczonych rybaków dalekomorskich - ze szkodą dla sprawy.
Z żalem też donoszę, że opublikowano surowy tekst Profesora. Materiał przeszedł chyba przez dziesiątek rąk, od kopistek bez potwierdzonych urzędowo kwalifikacji do recenzentów habilitowanych, ale ślady ich działań są niewidoczne. Nie poprawiono usterek językowych, co najwyżej dołożono nowe, w tym ortograficzne, nie zauważono zbitek, powtórek, nie ma też korekty w materiałach cytowanych - prócz jednej uwagi (do tabel M. Dzięcielskiego), i to samego G. Labudy! Wskutek tego czytamy np. „Gdy ten, pospieszywszy naprzeciw, zwrócił się do niego, odwołując się do wcześniejszych z nim układów pokojowego sąsiedztwa, ten temu bynajmniej nie zaprzeczył” (s. 318), „Biorąc za podstawę zastany na Pomorzu stan stosunków gospodarczych i społecznych, a przede wszystkim narodowościowych i kościelnych, Zakon w zasadzie próbował je zmienić stosownie do metod stosowanych w Ziemi Chełmińskiej” (s. 338), „Ten stan rzeczy znalazł też potwierdzenie w dwu następnych potwierdzeniach przez cesarza Karola IV tego stanu rzeczy dla księcia Barnima II” (s. 384) albo też „W dwudniowej naradzie zastanawiano się raczej nad tym, jak nie udzielić pomocy i jak nie udzielić rady, jak ma jej udzielić wielki mistrz” (s. 448). Profesorską osobę proszę o wybaczenie, że wytykam jej niedopatrzenia, które powinny zniknąć gdzieś na etapie prac redakcyjnych, nie mam też do niej najmniejszych pretensji, że stało się tak, jak się stało, ale okładka głosi: „Napisał Gerard Labuda” i na jego konto piszą się te mało chwalebne językowe zgrzyty.
Może to wszystko sprawił pośpiech związany z 90-tą rocznicą urodzin G. Labudy, może źle zrozumiany szacunek dla osoby Jubilata, ale proszę zauważyć, iż Profesor przychodząc na ten świat 28 grudnia, dał maksymalnie dużo czasu ewentualnym składaczom darów na przygotowanie się do zajęć. O ile mogę wnosić, tekst autorski nie przedstawia nadzwyczajnych problemów czytelniczych i jego korekta powinna być możliwa. Język co prawda zdradza ślady lektury Kanta, zwłaszcza w stosowaniu wtrąceń, ale mowa profesorska jest nasza i swojska. Jedyną uwagę miałbym do używania słowa „współczesny” na oznaczenie dwóch rzeczy: spraw współczesnych opisywanym wydarzeniom czy ludziom i spraw aktualnych nam. Do szlachetnego słownictwa prof. Labudy, różnych „rodowców”, „baliwatów” czy „indygenów” (oraz oczywiście „alienigenów”), kto nie miał okazji, bez trudu się przyzwyczai.
Nadzieję mam, że praca Wielkopolskiego Kaszuby nie przeminie z wiatrem, więc teraz szczegółowo podam co ważniejsze sprawy do poprawy. Z drobniejszych spraw językowych prosiłbym o korektę interpunkcji, uzgodnienie liczby mnogiej czasowników, np. „był” przed wyliczanką większej ilości obiektów, a także wyeliminowanie niedopowiedzeń w kwestiach „co jest czym czego” (Ś.O. Podgrobelski). Warto też ujednolicić pisownię nazwisk, która w wielu przypadkach jest rozbieżna, a nawet inna od przyjętej. Dotyczy to nie tylko osób marginalnych, jak np. Poppo z Osterny czy niewinny niczemu Teofilakt Symokatta, ale i większych aktorów (Wratysław - Warcisław). Nie jestem specem, ale wychwyciłem kilkanaście takich przypadków w książce, a jeśli uwzględnimy numerację panujących i papieży, to nawet więcej. Zaś błędnych dat, gdy wliczyć adresy bibliograficzne, streszczenie niemieckie i spis treści, jest w niej ponad 40, w tym kilka zastanawiających: zjazd stanów pruskich - 1947, śmierć Świętopełka - 1966, uwięzienie Mściwoja - 1969/70! Nie ma w „Historii Kaszubów” tych indeksów ani sylwetek, więc niektóre rozbieżności łatwo mogą umknąć uwadze tak zwykłego czytelnika, jak i nawet uważnego recenzenta, który nie będzie w zasadzie w stanie powiedzieć dokładnie co w tej książce JEST - bez „Dalmoru” nie uradzisz.
Sytuację z panującymi miały pewnie w zamierzeniu ułatwić zamieszczone w książce drzewa genealogiczne książąt zachodnio- i wschodniopomorskich, oba zaczerpnięte z innych dzieł. Pominę fakt, że mają inny układ, ale drzewo „zachodnie” różni się w danych z tekstem „Historii” (por. np. s. 410), a „wschodnie” jest po prostu ucięte - wypadły z niego przynajmniej trzy osoby wspominane w książce: Racibor oraz Salomea i Zwinisława, córki Sambora II. Niewątpliwie przydałoby się też podobne drzewko książąt rugijskich, często obecnych na kartach omawianej księgi.
Podobnie zapożyczone są ilustracje i mapy, niemal wszystkie z „Historii Pomorza”. Te pierwsze wypadają tu gorzej niż w oryginale, mapy zaś niestety zawodzą na całej linii. Wiele z nich zawiera usterki techniczne: przebitki, plamy, a nawet ślady ręcznych poprawek (nr 12 i 13), są z reguły słabo czytelne, a przede wszystkim podają rozbieżne nazwy, często inne niż w książce. Na kilku mapach pozostawiono nieaktualny podział administracyjny, nr nr 14 i 58 zawierają tylko lokalizacje - bez nazw! Zbędną pomyłką jest mapa nr 36 - powtórzona z mapy nr 9 i źle podpisana. Za to najładniejsza z map, bo kolorowa i włączona do barwnej wkładki (za którą chwała wydawcy), jest cała po niemiecku! Z kolei drugą kolorową mapę ucięto, zostawiając za to błąd gramatyczny w jej opisie. Niewątpliwie to całe „bogactwo” lepiej byłoby zastąpić jedną a porządną, adekwatną i aktualną, bo większość z tych map jest już sama historią. Jaką wiarygodność przedstawia np. mapa stanowisk archeologicznych (nr 7) sprzed 25 lat?
Kończąc temat zapożyczeń muszę wskazać jeszcze na kilka rozbieżnych cytatów: na s. 20 i 400, 222 i 255, a także 352-3 i 481, oraz błąd w tabeli II na s. 347, który poważnie rzutuje na statystykę podaną na kolejnych stronach. Niejasna dla mnie jest druga tabela na s. 337, tabelom przydałaby się też numeracja oraz korekta. Wykaz skrótów wypadałoby odwrócić: najpierw skrót, potem pełna nazwa. Do przemyślenia jest pisownia imion wysoko urodzonych (z numerem czy bez) oraz wtrętów łacińskich i staroniemieckich (dosłownie czy w lekcji). Chciałbym być pewnym, że w tym sławnym dokumencie Bogusławowym naprawdę pisze „dux Cassubie”, a nie np. „duce”, jak to sugeruje ilustracja (oraz publikacje źródłowe).
Rozwodzę się nad drobiazgami być może, ale uważam, że istnieje pewien poziom poprawności technicznej, powyżej (lub, poniżej) którego trudno poważnie traktować jakiekolwiek dzieło. „Historia Kaszubów” znajduje się pod tym względem niebezpiecznie blisko czerwonej kreski. Poważnych usterek jest w niej sporo, drobnych literówek zaś całe „milenium”. Potencjalny czytelnik łatwo może dojść do wniosku, „jaka ta historia zagmatwana, nic nie rozumiem z tego chaosu”, a nie będzie to ani prawda, ani wina, PT Autora.
Chciałbym, więc dostać niebawem wznowienie „Historii Kaszubów”, by móc bez problemu zagłębić się w interpretacje prof. Labudy, a nie zastanawiać się, co czytam i co powinny widzieć moje oczy. Bo szczerze przyznam, że „wydanie pierwsze niepoprawione” budzi we mnie myśl niepobożną: a może by zacząć jeszcze raz? (SC)
PS. Dziękuję doktorostwu Markowi i Karolinie Krośnickim za pomoc i wielką cierpliwość.