Państwo Śpiołkowie, zdjęcie ślubne z rodzinnego albumu.
„Dobrych ludzi nikt nie zapomni”
/Safona/
Czasami, w chwilach nostalgii, zastanawiam się, ilu dobrych ludzi poznałem w życiu. Było ich bardzo dużo, chociaż dziś, w nowej Rzeczywistości coraz trudniej ich spotkać. Do nich mogę zaliczyć kolegę, a nawet przyjaciela, lekarza weterynarii Kazimierza Śpiołka.
Kazia poznałem bliżej w 1976roku, kiedy zwrócił się do mnie o poparcie w sprawie mieszkania tzw. „agronomówki” dla swojej rodziny. A że rodzina była bardzo liczną, nie widziałem żadnych przeszkód. Ówczesna Gminna Rada Narodowa w Lipnicy, której przewodniczyłem, podjęła pozytywną uchwałę dla p.p. K.K. Śpiołków. Ta sytuacja bardzo nas zbliżyła, a ja poznałem człowieka, który dzięki swojej inteligencji, wiedzy i sposobie bycia wywarł na mnie wielki wpływ.
Weterynarię ukończył w wrocławskiej uczelni, w której wykładali profesorowie przybyli po wojnie ze Lwowa. Wiele mi opowiadał o atmosferze jaka tam panowała, kształtowała jego poglądy na życie, na człowieka, na politykę. Nie akceptował ówczesnego systemu. Otwierał mi oczy na wiele nieprawości. Toczyliśmy czasami spory, dyskutowaliśmy godzinami nieraz do późnej nocy. To od niego dowiedziałem się prawdy o Katyniu.
Chyba jako jedyny w Lipnicy w latach siedemdziesiątych prenumerował „Tygodnik Powszechny” po redakcją Jerzego Turowicza. W „Tygodniku” pisał wówczas felietony niezależny redaktor Stefan Kisielewski /popularny „Kisiel”/, a także ksiądz Józef Tischner. Kiedy zjawiłem się w biurze weterynarii, czytałem czasopismo ze szczególnym uwzględnieniem przemyconych treści. Mogliśmy znów dyskutować. Nieraz mi mówił: „Jak ty możesz służyć systemowi. Zobaczysz, jeszcze Piłsudskiemu będą stawiać pomniki”. Miał racje, przewidział. Szkoda, że tego nie doczekał.
Dzięki Kaziowi poznałem całą gminę i wspaniałych ludzi – rolników. Jeździliśmy „syrenką” od, zagrody do zagrody. Przydało się to później w mojej pracy sekretarza Komitetu Gminnego Partii.
Był człowiekiem otwartym na ludzi, pogodnym, skromnym i bardzo lubianym. Nigdy nie miał niczego dla siebie, ale dużo dla innych. Nie dbał o dobra materialne. I chociaż ubogi kieszenią, był bogaty sercem i rozumem. Usługi lekarskie kończyły się przy stole, rolnicy lubili „pogodac z doktorem”. A mówił ciekawie nie tylko o żywieniu i pielęgnacji zwierząt, ale o historii, polityce religii. Sugestywność i barwność opowieści wprowadzała czasami zamieszanie wśród słuchaczy. W pewnym gronie opowiadał o bitwie pod Monte Cassino /utwór M. Wańkowicza o jej przebiegu znał na pamięć/. Zafascynowani ta opowieścią słuchacze uwierzyli, że Kazio brał udział w tej bitwie, chociaż było to fizyczną nie możliwością.
Ze wzruszeniem przyglądałem się jak pojawił się w domu, a dzieci siadały mu na kolanach i opowiadały o codziennych przeżyciach. Kochał je bardzo i był z nich dumny. Głęboko przeżywał ciężką chorobę syna, Jarka. Mimo dużej odległości odwiedzał go w szpitalu niemalże co dzień /dwukrotnie mu towarzyszyłem/.
Spędziliśmy ze sobą wiele chwil. Różniliśmy się poglądami, ale „różniliśmy się pięknie”. Przyszedł jednak taki czas, który poddał nas okrutnej próbie. Był to stan wojenny, oceny dyrektorów, kierowników, rządy grupy wojskowych. Oceniano też Kazika, nie za jego pracę zawodową, lecz poglądy na ówczesną rzeczywistość.
Kazik pozostał sobą. Określił swoją postawę krytykując stan wojenny i podkreślając zwycięstwo „Solidarności”. To oczywiście nie podobało się komisji. Odtąd musiał dojeżdżać do lecznicy w Bytowie. Ciężko mu było, a przede wszystkim rodzinie. Po roku wrócił do Lipnicy. Nie był tym samym wesołym, pogodnym i pełnym wigoru człowiekiem. Zaczęły się problemy rodzinne, zaczęło szwankować mu zdrowie. Między nami też już nie było jak dawniej. Miał żal, że powinienem zająć wyraźne stanowisko w jego poglądach i jako przyjaciel stanąć po jego stronie. Może miał racje, ja tego wówczas nie potrafiłem uczynić, uważałem, że obaj stracilibyśmy pracę, a przecież mieliśmy rodziny. To na ojcach spoczywa wielka odpowiedzialność i to powinno być ważniejsze.
Ludzie zawsze byli i będą poddawani przez los, okrutnym próbom ratowania siebie w różnych sytuacjach. Tylko święci umieją poświęcać się dla innych.
Rad jestem, że spotkałem takiego człowieka, że spędziliśmy ze sobą tyle wspaniałych chwil, że wspólnie zapisaliśmy piękną historie – historie dwóch mężczyzn, którzy chociaż nie zawsze się ze sobą zgadzali, jednak bardzo się lubili i szanowali.
Myślę, ze gdzieś tam cieszy się ON, wolną Rzeczypospolitą, a przede wszystkim, że jest dumny ze swoich dzieci.