NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny
Ks. A. Pepliński, zdjęcie z albumu rodzinnego autorki.

Ks. A. Pepliński, zdjęcie z albumu rodzinnego autorki.


Na plebanii w Czarnowie k. Torunia, u księdza Antoniego Peplińskiego w latach 1967-69 bywaliśmy, wraz z przyszłym mężem Antonim, bardzo częstymi gośćmi. Kończyliśmy właśnie studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i te wyjazdy pozwalały nam zaoszczędzić trochę grosza, gdyż na dni wyjazdów mogliśmy sprzedać bony żywnościowe stołówki studenckiej, ale nie to było głównym powodem odwiedzin – urzekała nas serdeczna gościnność i specyficzna atmosfera domu.
Sądziliśmy i chyba słusznie, że gdybyśmy w wolnym czasie od zajęć studenckich nie pojechaliśmy do Czarnowa to wyrządziliśmy „krzywdę” domownikom plebani – Wandzi, pełniącej obowiązki gospodyni, Anusi, zajmującej się gospodarstwem rolnym, Aleksemu, który z kolei był mistrzem w rozwiązywaniu krzyżówek, rebusów itd. podobnych łamigłówek, jak również całej plejadzie dzieci, przyjętych na wychowanie, z tych najlepiej pamiętam Zosię i bardzo uzdolnioną muzycznie Celinę.
Radość, z jaką nas wszyscy każdorazowo witali, utwierdzała nas w tym przekonaniu, tym bardziej, że ten otwarty dom, gościł dużo przeróżnych osób; nie jest tajemnicą, że Wujek, jak nazywaliśmy księdza, był świetnym matematykiem i z tej racji wielokrotnie gościł m.in. promotora mojej pracy magisterskiej z matematyki, profesora Lecha Dubikajtisa. Plebania, co jest naturalne, gościła także księży, z których szczególnie utkwił mi w pamięci jeden prałat, który odprawiając Mszę Świętą w pobliskim kościółku zawsze wygłaszał długie i patetyczne kazania /z kazalnicy/ nawet wówczas, gdy w kościele były tylko cztery osoby.
Czas upływał tam bardzo wesoło, a życie towarzyskie koncentrowało się w pokoju obok kuchni, z której serwowano smakowitości /w tym szczególnie pożądaną przez zgłodniałych studentów wędzoną szynkę w plastrach/. Dowcipom i różnym docinkom nie było końca, zresztą w części ich nie rozumiałam, gdyż w użyciu w tym domu była kaszubska mowa. Ksiądz Antoni przesiadywał tam z nami, jednak najczęściej jadał chleb tylko z smalcem, którego musiał być prawdziwym wielbicielem, gdyż nawet po latach, gdy nas odwiedził w Słupsku i nie zastał w domu, poszedł do sąsiadów Lipińskich /których jeszcze wtedy nie znał/, usiadł w kuchni i zażyczył sobie takowego jadła.
Na ścianie w tym pokoju naszych spotkań, skromnie umeblowanym, wisiały obok obrazów świętych także jeden świecki /chyba reprodukcja z fotografii/, przedstawiający dwie niewiasty i mężczyznę, którym – jak się później dowiedziałam- był dziadek mego męża, także Antoni , uśmiercony przez hitlerowców w więzieniu Moabit w Berlinie, za którego duszę w Czarnowie, corocznie odprawiano Msze Świętą.
Najważniejszym jednak pokojem w plebani był tzw. gościnny, w którym stała duża /podziwiana przez wszystkich/ szafa grająca, nakręcana korbą, z zestawem dużych metalowych płyt. Wygrywane przez nią spokojne melodie, szczególnie nastrojowo brzmiały w tym starym, drewnianym domu. Specyficznego nastroju dodawały także odbywające się tam koncerty księdza z Celiną, który tam właśnie komponował swoje pieśni, wyrażające tęsknotę za Kaszubami. Wujek wielokrotnie podkreślał, że w Czarnowie są „na wygnaniu” i starał się usilnie o parafię na Kaszubach a gdy wieczorami rozrzewiał się - przejmująco śpiewał:
Zebe wrócył ten czas
cziedem bedełko pasł.
Żebem mógł wrocec do swojich stron,
gdze mój ojczesti dom
gdze mój ojczesti dom

Wykorzystywał On chyba każdą okazje przyjazdu do Czarnowa, któregoś z księży - przyjaciół, których prosił by Go na kilka dni zastąpić w pracy duszpasterskiej, by mógł On w tym czasie odwiedzić rodzinne Łyśniewo i Kłączno. Pamiętam, że plonem jednej z wypraw na Kaszuby, była znana szeroko pieśń „Kaszebe wołają nas”, która w wersji pierwotnej brzmiała:
Chto chce przeżec dobre wczase,
niech w stedzyńsczie jedze lase.
Tam kaszebsczi dobri ledze
pomogą mu w kazdi biedze.
Piosenka ta zrodziła się w czasie pieszej wędrówki nad jeziorem ze Studzienic do Kłączna.
Zanim z mężem /po ukończeniu studiów w 1969 r./, osiedliliśmy się w Bytowie, z czego Wujek był rad, gdyż jak pisał i śpiewał w pieśni Betowsko zemio – „Betowsko zemia to nolepsze strone”, wyświadczył nam ubogim studentom kolejną, niezapomnianą przysługę. Nie dość, że w kościółku w Czarnowie /wraz z księdzem Władysławem Kożlarkiem i księdzem Edmundem Tucholskim/ udzielił nam Sakramentu Małżeństwa, ale jeszcze wyprawił na własny koszt ucztę weselną.
My, na to wesele, ze względu na koszt, zaprosiliśmy tylko najbliższych i trochę koleżeństwa ze studiów, ale ksiądz Antek nie byłby sobą, gdyby nie zaprosił skrycie przed nami dalszej rodziny i to nie tylko... W kościele przejmująco z chóru zabrzmiała „Ave Maria”, w wykonaniu solistki operowej – jak nam później tłumaczył – przecież naszej krewnej, pochodzącej z Kościerzyny... Na plebani było pełno gości w tym moje kuzynki spod Łodzi, które zawiadomione o ślubie uznały za zaproszenie. Wesele dzięki temu było bardzo udane i do dziś jest wspominane przez moje koleżanki jako wyjątkowe, gdyż można było bawić się całą noc bez alkoholu, popijając piwo z podpiwka /przyrządzone przez ciotki/, przy dźwiękach akordeonu ministranta Mirka. Alkoholu zresztą trochę było, bo zakupiliśmy kilka butelek tańszego wina, które ku zdumieniu miejscowej sklepowej zwróciliśmy po weselu, gdyż nie zostało zupełnie naruszone, a to za sprawą naszego podczaszego, wuja Franciszka leśniczego z Lubaszek, który cały czas serwował starszym gościom /rzekomo nieświadomie/ nie nasze wino, lecz wino mszalne, przywiezione przez księdza z niedawnej pielgrzymki do Włoch.
Z prezentów i ze zwrotu wina uzbieraliśmy 800 zł i za namową Wujka /który załatwił nam bezpłatny nocleg w klasztorze/ przeznaczyliśmy je na pielgrzymkę-podróż poślubną do Jasnogórskiej Pani.
Chciałoby się prosić – za naszym Dobrodziejem – żebe wrócył ten czas... kiedy grywał ze swoimi ministrantami w piłkę nożną, kiedy pouczał skarżące się na mężów – pijaków parafianki, że to one same zgotowały sobie ten los, bo „albo pili już przed ślubem, albo rozpili się za pewnie z ich powodu po ślubie... itd.”. Ten czas nie mógł, ani nie powróci, wszyscy my, dawno już opuściliśmy Czarnowo.
Ksiądz wreszcie wyprosił w Kurii Chełmińskiej przeniesienie do parafii w Mściszewicach /niedaleko rodzimego Łyśniewa/, a my wyjechaliśmy do pracy do Bytowa, a później do Słupska. Spotkania nasze z Wujkiem stały się rzadsze, ale jak napisał w pieśni „Pożegnanie”
Dzyso me so rozyńdzeme,
odejedzeme z waju wse.
Ale wama ostawime
w wajich wodach nasze łze.
Me u waju dobrze miele..

Te wspomniane łzy pojawiły się na Jego pogrzebie w Mściszewicach, gdy żegnając Go, wśród licznych żałobników, ówczesny wicewojewoda, gdański profesor Józef Borzyszkowski, cytował jego kolejną pieśń:
Porenczy wiew so zriwo
i szemi cemny las
a jo na czołnie biwom,
bo do odjazdu czas

Wiatr wspomnień rzeczywiście zmienił bieg, niemniej jedna z naszych wycieczek autokarowych członków oddziału słupskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, zawiodła nas do grobu kochanego księdza Antoniego, gdzie wspólną modlitwą w jego intencji dziękowaliśmy Bogu za jego dobroć oraz za to, że obdarzył go także taką wrażliwością i talentem poetyckim.
Dziś również łączą nas z Nim kaszubskie msze w kościele Świętego Jacka w Słupsku i...


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Najlepsze szkolenia bhpSzkolenia BHP