Prof. Józef Borzyszkowski /1978/
Dzięki uprzejmości rodziny Doktora Bruskiego na moje ręce przekazane zostały szczątki spuścizny rękopiśmiennej Doktora Józefa. Szczątki, gdyż trudno mówić o spuściźnie. Są to zaledwie fragmenty notatek, parę ważnych dokumentów /w tym trzy dotyczące udziału Doktora w ruchu oporu i służby w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie/, indeks i dyplom doktorski /wraz z egzemplarzem pracy/ Uniwersytetu Bolońskiego, kilka fotografii, fragmenty scenariuszy różnych widowisk opracowanych przez Doktora oraz rzecz najcenniejsza – zeszycik 32 kartkowy w kratkę, w którym Józef Bruski miał zamiar spisać własne utwory – gadki, a zdążył nie wiele ich utrwalić na papierze, swym „doktorskim” charakterem pisma.
W sumie dysponuje materiałem, który mimo swego ilościowego ubóstwa, wnosi wiele informacji o życiu i działalności Doktora. Nie tracę nadziei, iż materiał ten zostanie wzbogacony...
Lech Bądkowski /1977/
Nie potrafię powiedzieć, kiedy i gdzie Go poznałem. Prawdopodobnie było to w okresie zakładania Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Wiąże mi się On z Chojnicami, chociaż nasze spotkania odbywały się w Lipnicy, gdzie mieszkał szereg lat do śmierci, w Gdańsku, we Wdzydzach, a także w Łączyńskiej Hucie.
Sam jego widok nastrajał pogodnie. Józef był impetykiem, reagował intensywnie, łatwo wybuchał gniewem /pamiętam jak łajał działaczy Zrzeszenia za lenistwo, oportunizm i nieudolność/, prędko jednak mu to przechodziło i poczucie humoru brało górę. Każdy kto nieco bliżej zetknął się z Józefem Bruskim musiał cenić jego kunszt gawędziarski, a przy tym był miłośnikiem folkloru, młodzieży, a zwłaszcza społecznikiem...
Stanisław Pestka /1978/
Czuł się dzieckiem tej ziemi, która wydała Jana Karnowskiego, Franciszka Sędzickiego. Okolice Brus i Wiela były krajem jego lat dziecinnych. Na piękno tej porażonej w smętku i zadumie krainy, pełnej zapachu koniczyn , wrzosów i śpiewu skowronków, otwierał mu oczy samotnik z Czarnowa, sędzia Karnowski. Jego to wzorem znajdował ogromne upodobanie w wędrówkach po kaszubskich wioskach, w rozmowach z przygodnie spotkanymi ludźmi. Cenił sobie wioskowych patriarchów, mądrali, którzy w swej pamięci zmagazynowali osobiste doświadczenia i kolektywną mądrość przekazaną w najbardziej godne ręce z pokolenia na pokolenie. Sam często lubił mówić jak wiele zawdzięczał „stróżom” lokalnej tradycji, rybakom, kłusownikom, grzybiarzom, gburskim „kuńsztorzom” i różnym nieudacznikom życiowym, znającym się na wschodach i zachodach słońca, tudzież księżyca, zaklinaczom chorób i domorosłym pionierom sztuki leczenia ziołami... Nie zwalczał tej sztuki choć sam był „uczałym dochtorem”. Uważał, że nawet tam, gdzie w grę wchodzi magia można wyłuskać zdrowe i praktyczne jądro.
Ks. Kazimierz Raepke /1978/
Miał jakiś wielki urok osobisty, łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi i niezapomniany styl gawędziarski. Dzielił się radością odniesionych sukcesów, zwłaszcza przez zespół „Chojny”. Cieszył się ze swoich widowisk historycznych, napisanych specjalnie z okazji 700-lecia powstania Chojnic i 30-lecia ich wyzwolenia.
Przez tutejszych ludzi był lubiany i poważany, chociaż otrzymał oryginalne przezwisko, zwyczaj charakterystyczny na Kaszubach: zwano go „owczarzem”. Przezwisko to pochodzi z czasów, kiedy był pionierem hodowli owiec na tych terenach.
Leczył nie tylko lekami i swoim bogatym doświadczeniem medycznym, ale i serdecznością i dowcipem. Był dobry – jak mówią tutejsi ludzie – bo był prosty, tzn. bezpośredni i życzliwy. Znał swoich podopiecznych i ich dolegliwości. Wielu chorym i starym pomógł w zdobyciu renty.