| | Borowiackie wspomnienia z lat młodości[NG: 41] Autor: Irena Klingier - Debrzno (liczba artykułów: 5)Dziękuję Panu bardzo za te wszystkie przeżycia związane z wojną palikową i uroczystości otwarcia Leśnej Strażnicy Tradycji i Patriotyzmu. Jak oglądam zdjęcia i czytam o tych wszystkich wydarzeniach to tak, jakbym była w Borowym Młynie. Dziękuję również za zdjęcia młyna i panoramy Borowego Młyna, strasznie rozczulają mnie te zdjęcia. Dziękuję jeszcze raz panu redaktorowi za te wszystkie piękne przeżycia, już mam cztery gazety – to prawie, że książki. Znalazłam notatki mojego taty, z których wynika, że już przed 1800 r. jego pradziadkowie żyli na Kaszubach – Gochach, ich życie toczyło się między Osusznicą, Rucowymi Lasami, Upiłką, Borowym Młynem, Wierzchociną i Brzeźnem Szlacheckim, to znaczy, że z dziada pradziada był Kaszubą. Tato tak pięknie mówił po kaszubsku, tak bardzo się cieszył jak mógł z kimś porozmawiać po kaszubsku, był wtedy w swoim żywiole. Chciałabym się też ustosunkować do sprawy, o której pisze pan Bronisław Reszka o kłopotach, które spotkały rodzinę Bartzów po II wojnie i nie zgadzam się z ks. Wł. Szulistem, że nie można oddzielać ludobójstwa hitlerowskiego i cierpień zwykłych ludzi. A ja sądzę, że można i powinno się, ponieważ w większości zwykli ludzie nie ponosili odpowiedzialności za to, że szalony Hitler i jego władze nazistowskie robiły tak okrutne i straszne rzeczy. A tu na Gochach Niemcy żyli z Polakami w zgodzie, a komu się nie podobało mógł wrócić na tereny niemieckie. Właśnie córka pana Bartza wyszła za mąż za mamy brata, wujka Ludwika Malicha, ciocia Ela i jej ojciec byli uosobieniem dobroci, a sam pan Bartz chronił ludzi przed Niemcami i moją mamę uratował przed gwałtem i zastrzeleniem przez rosyjskiego żołnierza. Mój wujek Anastazy Malich też ożenił się z Niemką, ale się przeprowadził do Niemiec, po wojnie słuch o nim zaginął. A moja ciocia ze strony taty, jego siostra Agnieszka wyszła za mąż za Niemca, mieszkali w NRD w Ostrowie i do nas przyjeżdżali. To wszystko było przed wojną normalne. Dom jego taty spalił się na Rucowych Lasach, to on ze swoją mamą przeprowadził się do Niemców w Piłce, państwa Borthów. Tata bardzo zaprzyjaźnił się z synem państwa Borthów – Erwinem i jego siostrą Martą, ich przyjaźń przetrwała do ich śmierci. Pan Erwin Borth z siostrą przyjeżdżał co kilka lat do nas do Chojnic, rozmawiali po polsku, po kaszubsku i po niemiecku, przegadali nieraz kilka nocy, byli bardzo zżyci i bardzo się lubili i szanowali. Oczywiście odwiedzali Upiłkę i Borowy Młyn ich też spotkały jakieś tragedie od Rosjan, moja mama też była na robotach w Niemczech i nabawiła się astmy, ale nikogo nie nienawidziła, niektórych Niemców nie lubiła, tata też pracował u Niemców, ale też nie czuł nienawiści to była wojna i wszystko się mogło zdarzyć, a wojny nie wymyślają szarzy ludzie tylko fanatycy i zwariowane rządy. Oni dziękowali bogu, że przeżyli, a mnie zawsze mówili, że mam patrzeć czy ludzie są dobrzy, a nie jakiej są narodowości. U nas na Debrznie jest dużo osób pochodzenia ukraińskiego i my się lubimy i lubimy śpiewać też piosenki ukraińskie i to jest piękne, że się przyjaźnimy i poznajemy inną kulturę. W 2006 roku byliśmy z naszym zespołem „Słowinki” na występach w Niemczech w Dolnej Saksonii w mieście Nordheim, przyjęli nas Niemcy bardzo dobrze. Właściwie to był festiwal strojów ludowych. Maszerowaliśmy przez miasto chyba ze 3 km. Witały nas tłumy ludzi na chodnikach, było chyba tysiące ludzi i tylko słyszałam jak wołali do nas brawo Polen, brawo Polen, naprawdę wtedy czułam się dumna, że jestem Polką, że śpiewam, że mają o nas dobre zdanie, a jak zaśpiewałam z koleżanką w duecie piosenkę o matce i tłumacz wcześniej powiedział, że piosenkę dedykujemy wszystkim matkom na świecie, to prawie wszyscy płakali. A jak 15 lat temu byliśmy śpiewać w zaprzyjaźnionej z nami Gminie Weinbach i poszliśmy w niedzielę do Kościoła Katolickiego a ksiądz poprosił, żebyśmy na koniec mszy św. Zaśpiewali 3 pieśni Maryjne, bo to był maj, wszyscy, ale to wszyscy, płakali i wycierali nosy, po mszy św. Bardzo i to bardzo nam dziękowali, a jeden z organizatorów tej naszej wycieczki pan Reiman powiedział, że chodziłby co tydzień na mszę św. Gdybyśmy śpiewali, bardzo nas lubili. Mówią Niemcy, czy Francuzi źle o Polakach, że kradną, piją i broją. Tak więc jeśli my jesteśmy życzliwi i dobrze się zachowujemy to inni też przyjmują nas z życzliwością i dlatego jeszcze raz dziękuję panuję panu Benedyktowi Reszce za tą książkę. Chcę powiedzieć, że bardzo podobają mi się wiersze nagrodzone w konkursie literackim, są śliczne czytałam i czytam je prawie codziennie, życzę tym dziewczynom dużo radości z pisania, cieszę się, że dzieci są teraz takie mądre i że potrafią tak pięknie pisać i nauczycielom chwała za to, że potrafią dzieci zmobilizować. Ja pamiętam, że też pisałam wiersze w szkole podstawowej, ale nauczycielka nie wierzyła, że to ja pisałam i mnie zniechęciła. Tak samo było ze śpiewaniem, kiedyś przed lekcją zaśpiewałam bardzo modną kiedyś piosenkę „Gdy mi Ciebie zabraknie”, nauczycielka śpiewu usłyszała i za to, że pięknie zaśpiewałam dostałam 5, ale za to, że była o miłości 2, było mi wtedy smutno, dopiero w siódmej klasie zaczęłam śpiewać w zespole, a potem w Ogólniaku w Człuchowie wygrałam w XI klasie maturalnej konkurs piosenki, ale jedna z naszych profesorek się wściekła, że jej uczennica nie wygrała i do matury mnie prześladowała z biologii. Właśnie dlatego podziwiam nauczycieli teraz za ich mądrość i cierpliwość do dzieci. Bardzo dawno nie byłam nad jeziorem Gwiazdy, pamiętam jak byłam mała to z całą gromadą dzieciaków poszliśmy przez łąki i pola do jeziora, a potem szliśmy brzegiem rzeczki, bo kawałek od jeziora dziadek Malich chciał zbudować śluzy, ale coś tam do końca nie wyszło, było widać z jednej i drugiej strony rzeczki jakieś żelastwa i belki drewniane, szliśmy tak brzegiem aż do stawu i brzegiem stawu do domu. Pamiętam też jak paśliśmy cioci Basi krowę i gęsi. Ciocia Basia była siostrą bliźniaczą mojej mamy. Z krową to było pół biedy, trzeba było od czasu do czasu spojrzeć na nią, żeby nie weszła w żyto, gorzej jak się zegziła to trudno też było ją złapać, a jeszcze gorzej było z gęsiami, niby takie bieluśkie, miluśkie, spokojnie skubały trawę, ale niedaleko była rzeczka, wystarczyła chwila nieuwagi a gęsi pofrunęły do rzeczki, a potem spokojnie płynęły do stawu, nie pomogły żadne wezwania, nawoływania, wieczorem same przyszły do domu. Ciocia była trochę zła, ale przecież wiedziała, że my też chcieliśmy się pobawić, a nie tylko pilnować krowy i gęsi. Lubiłam jak babcia Melichowa piekła chleb a dla nas małych dzieci piekła specjalnie takie małe chlebki że od razu je zjadaliśmy, pamiętam jak babcia robiła masło nie w takiej kierzance do stukania, ale to była taka mała beczka na korbkę i wszyscy po kolei robili to masło, które babcia potem wyciskała deseczką z resztek maślanki i wkładała do specjalnych maselniczek ze wzorami a potem przekładała na talerzyki, masło miało piękne kwiatki i aż szkoda było je napocząć i maślanka też nam smakowała, latem schłodzona zaspokajała pragnienie. Bardzo też lubiliśmy jeść ziemniaki z parnika obrane ze skórki i posolone, bo nasze młode brzuchy były zawsze głodne. W pierwszym pokoju za kuchnią wisiał na ścianie zegar z kukułką bardzo stary, ten zegar to tylko babcia obsługiwała, naciągała szyszki, zapalała lampy naftowe, niektóre lampy były piękne z kolorowymi abażurami w kwiaty te stały na stołach a te proste, zwykłe wisiały. W kuchni była ogromna stara „Plata” – wyłożona kaflami na których były scenki z życia na wsi, pamiętam, że te kafle były niebieskie. Pamiętam też centryfugę i jak z jednej strony leciało mleko a z drugiej śmietana a na środku kuchni było wejście do piwnicy to też był raj babci, miała tam masę skarbów i nikomu oprócz babci i dziadka nie wolno było bez pozwolenia uchodzić. Ja tylko raz byłam w piwnicy, na półkach było pełno weków z kompotami z kiełbasą, mięsem, w garnkach był smalec i okrasa w beczkach kapusta kiszona i ogórki. Na drągach wisiały wędzone szynki i kiełbasy, kartofle, marchew, cebula i buraczki były na dole piwnicy, jabłka były w koszach na ziemniaki. Pamiętam też, że w niedzielę rano mężczyźni czyścili wszystkim buty, bo do kościoła musiały być lśniące, mój tata do późnej starości dbał o buty i ciągle miał je czyste i lśniące. Potem było śniadanie, oczywiście pierwsze miejsce zajmowała jajecznica na boczku albo słoninie wędzonej, swojski chleb, masło i inne dobre swojskie jedzenie, w kuchni stał duży stół i po obu stronach były ławy. Trochę później dzwony zaczęły dzwonić i wszyscy bez wyjątku szli do Kościoła, nieraz szliśmy na cmentarz by pomodlić się za zmarłych, babcia zawsze nam mówiła, że na cmentarzu musimy się zachowywać poważnie i mówić cicho, bo tutaj śpią nasi przodkowie i że nie wolno zrywać kwiatków ani listków i chwała jej za to, że nas pilnowała i przekazała tyle cennych rad. Zimą babcia zawsze śpiewała z nami kolędy takie mniej znane i te znane też i wszystkim nam wnukom obierała jabłka rdzewnym nożem, jabłka miały posmak rdzy i blachy, ale nikt z nas nie powiedział babci, że jabłka nam nie smakują, to było niemożliwe, ona była naszym wzorem i wszystko co robiła i czym nas częstowała było dobre i kropka. Babcia w moich oczach była zawsze taka sama, nigdy się nie starzała, ze swoimi siwymi włosami uplecionymi w chudy warkoczyk upięty z tyłu głowy w kok. W niedzielę miała ładną czarno-białą bluzkę cienką z długim rękawem i przy szyi miała przypiętą srebrną piękną broszkę, czarną spódnicę i sandały takie na niewysokim korku, miały kolor ciemnego wrzosu i były z zamszu, pamiętam że bardzo długo je nosiła, a zawsze były jak nowe. O matko jak się rozpisałam, ale to życie było wtedy takie miłe jak babcia i dziadek. Ogród babci W starym babcinym ogrodzie Irena Klinger 1979 lato
Kłaniam się Tobie moja Kaszubska ziemio Kłaniam się Tobie moja Kaszubska ziemio Irena Klinger 27.12.2008 |
