Książęcy splendor ostatnich Gryfitów, pochowanych w podziemiach tej świątyni, przyćmił biel habitów dominikanów, obecnych tu wcześniej przez ćwierć tysiąca lat. A także czerwień mundurów huzarów, których kościołem garnizonowym „św. Jacek" był w XVIII i XX wieku.
Tak to już jest: im kto bogatszy i znamienitszy, tym trwalsze pozostawia ślady. Także w kościołach.
O najbardziej dramatycznych zdarzeniach w dziejach świątyni, kiedy to w 1524 roku wtargnął do niej rozwścieczony, zrewolucjonizowany tłum słupszczan, by niszczyć i rabować wszystko, co kojarzyło się z katolickimi papistami, gotyckie mury milczą.
Mnisi żebracy
Dominikanie, zwani „psami Pana" (od łacińskich słów domini canes), faktycznie byli jednym z filarów papiestwa. Każdy z nich kilka godzin dziennie przez całe życie musiał poświęcać na naukę. Byli kaznodziejami. Chrzest bojowy przeszli w początkach XIII wieku na południu Francji, gdzie w tym czasie kwitła herezja albigensów. Do tych „odstępców", zgorszonych m.in. stylem życia duchowieństwa i bogactwem Kościoła, mnisi w białych habitach, uformowani przez świętego Dominika w zakon, poszli jako ubodzy, ale żarliwi orędownicy katolicyzmu. Utrzymywali się z żebractwa, jak najbiedniejsi mieszkańcy miast. I zapewne dlatego zaczęli odnosić sukcesy duszpasterskie, nie tylko wśród heretyków, ale także wśród najuboższych warstw ludności.
W Słupsku pojawili się zaledwie kilkadziesiąt lat po wydarzeniach francuskich. Przyszli z Gdańska. W 1278 roku Mściwój II nadał im działkę na południowych obrzeżach miasta i przywilej swobodnego łowienia ryb w morzu i wszystkich wodach należących do księstwa.
Drewniany klasztor zbudowali zapewne zaraz po przybyciu do Słupska, ale w 1395 roku spłonął on w wielkim pożarze miasta. W pierwszej połowie XV wieku wznieśli więc nowy, z murowanym, gotyckim kościołem, który przetrwał do naszych czasów.
Polski język inkwizycji?
Należeli do polskiej prowincji zakonu, założonej jeszcze przez świętego Jacka Odrowąża i jego braci, osobistych uczniów św. Dominika. Historycy są zgodni: większość słupskich ojców i braci musiała znać polski. Inaczej pewnie nie mogliby skutecznie prawić kazań dla najuboższych, wciąż jeszcze jedną nogą tkwiących w pogaństwie.
Być może dlatego przyklasztorny kościół wybrała sobie na miejsce swojego grobu pochodząca z Mazowsza księżna Maria, żona Bogusława IX, siostrzenica polskiego króla Władysława Jagiełły, która zmarła w 1454 roku. Pochowano tu także jej zmarłą w 1497 roku córkę, księżnę Zofię, żonę Eryka II.
Niespełna 30 lat później klasztoru już nie było. Został zdemolowany w 1524 roku przez rozwścieczony tłum słupskich zwolenników reformacji, dla których oparciem były już wówczas kościół Mariacki i św. Mikołaja, należący do niemieckojęzycznego klasztoru norbertanek. Wszystko wskazuje na to, że do szturmu na klasztor doszło po dyspucie teologicznej, na którą wyzwał obecnych jeszcze wówczas duchownych katolickich Jan Amandus, żarliwy propagator nauk Marcina Lutra. Miał przy tym demagogicznie oświadczyć, iż jeśli przegra, pozwoli się spalić na stosie. Jest bardzo prawdopodobne, że przeciwną stroną byli dominikanie, czyli „psy pańskie", wprawieni w walce z herezjami, w tym także w ramach inkwizycji. Stąd pewnie aluzja Amandusa do stosów.
Dysputa się odbyła, z tym jednak że wzięli w niej udział tylko nieliczni księża katoliccy, którzy przyznali, że rzeczywiście stosunki panujące współcześnie w Kościele pozostawiają wiele do życzenia - pisze Bogdan Wachowiak w „Historii Słupska". - Przebieg dyskusji podekscytował tłum do tego stopnia, że wtargnął do kościoła NMP i zniszczył w nim ołtarz, figury świętych i obrazy oraz napadł na klasztor Dominikanów, demolując go, rabując i rozpędzając zakonników". Znamienne, że słupscy mnisi ratunku szukali na prawym brzegu Słupi, gdzie wciąż żyli rodzimi Kaszubi, a potem w Polsce.
Skamieniały Gryfita
Przez kilka dziesięcioleci opuszczony przez mnichów kościół niszczał.
Dopiero w 1602 roku księżna Erdmuta, która owdowiawszy, przeniosła się ze stołecznego Szczecina do prowincjonalnego Słupska, poleciła odnowić świątynię. Ufundowała ołtarz, którego centralnym motywem jest obraz ukazujący modlitwę jej oraz nieboszczyka małżonka pod krzyżem Zbawiciela. Potem w świątynię inwestowała jej następczyni na Słupsku, księżna Anna de Croy, z domu Gryfitka oraz jej syn, książę Ernest Bogusław de Croy. Im zawdzięczamy nagrobki upiększające kościół, wykonane przez gdańskiego mistrza H a n sa Caspara Glockhellera. Największe wrażenie robi na mnie skamieniały w marmurze, klęczący książę Ernest Bogusław, wpatrujący się dzień i noc w ołtarz.
Na księciu reformacja odcisnęła podobne piętno, co na kościele, w podziemiach którego spoczął. Jego nieślubny syn zawiódł nadzieje tego zagorzałego luteranina: zamiast przejąć po nim schedę na Pomorzu, przeszedł na katolicyzm i wstąpił do klasztoru jezuitów.
Robactwo w Domu Bożym
Po śmierci ostatniego Gryfity kościół, dotychczas ściśle związany z vipami rezydującymi na zamku, został zdegradowany do roli kościoła parafialnego. Wyróżniało go formalnie jedynie to, iż prawnym jego opiekunem był pruski król (religijnym aż do 1945 roku był św. Jan Chrzciciel, patron pomorskiej diecezji kamieńskiej). Z czasem przedzielono go na dwie części, oddając tę zachodnią, przez którą dziś wchodzi się do świątyni, Domowi Inwalidów Wojskowych, mieszczącemu się przy zamku. Administracja tego Domu urządziła w podominikańskiej świątyni m.in. stajnie dla koni, dwie suszarnie i skład płodów rolnych, „przez co - jak czytamy w Ostpommersche Zeitung z 1937 roku - zalęgło się tam robactwo, które po spożytkowaniu żywności zaatakowało organy." Mało tego, nierzadko robaki przemykały przez część świątynną podczas nabożeństw.
Kościół dobrych kaznodziejów
Dobre kazania można było usłyszeć w kościele św. Jacka nie tylko w czasach wyspecjalizowanych w tej foermie działalności duszpasterskiej dominikanów.
W XVIII i później także w XX wieku był to kościół garnizonowy słupskich huzarów , także w czasach gdy dowodził nimi generał von Belling. Był to człek bardzo pobożny . Słynął z tego że sam dobierał kaznodziejów dla swojego pułku.
Przez dwa lata od 1802 do 1804 roku był tu wikarym Friedrich Daniel Schleiermacher, wybitny teolog i filozof niemieckiego romantyzmu. „Uduchowiony kaznodzieja, którego słowo niejednego wątpiącego nawróciło do mocnej wiary.” – pisał o nim przed wojną niemiecki regionalista Paul Scharnofkse. Dodał, że Schleiermacher narzekał iż w Słupsku brakuje towarzystwa do uczonych dyskusji i biblioteki do jego studiów. Niemniej, dużo tu pracował m.in. nad swoim dziełem „Zarys krytyki dotychczasowej nauki o moralności”.