Dom rodziny Bieszke - kuzynów autora, jego miejsce urodzenia.
Leon Bieszke Borowy Młyn lipiec 2007 r.
Wprowadzenie
Jest to pamiętnik z okresu drugiej wojny światowej, obejmujący okres od l września 1939 roku do 17 sierpnia 1946 roku, to jest do dnia powrotu z tułaczki wojennej do domu.
Wszystkie opisane przeżycia, zdarzenia, przypadki są prawdziwe. Jeżeli chodzi o niektóre nazwiska, to, jeżeli nie było możliwości skontaktowania się i uzyskania zgody na ujawnienie prawdziwego nazwiska, wtedy posłużyłem się zwrotem „nazwijmy go Kowalski", i tym podobnie. Tak samo, jeżeli chodzi o niektóre nazwy miejscowości poza krajem, to napisałem je fonetycznie, według ich brzmienia. Również wszystkie daty są prawdziwe, tylko niektóre są podane w przybliżeniu.
Nie prowadziłem żadnego pamiętnika na bieżąco, nawet nie myślałem o tym, po drugie, nie myślałem, że dożyję tych lat. Początkowo było to niemożliwe,, ba, musiałbym kłamać, chwaląc jednych, ganiać drugich, a ja chciałem napisać prawdę. A później czas zatarł pamięć, ale i tak dużo zapamiętałem.
Jeżeli chodzi o komentarze do niektórych wydarzeń, to niektóre pochodzą z wiadomości prasowych, a inne z mojego punktu widzenia, tak jak ja to odbierałem.
Podczas takiej wojny zdarzają się nieraz wprost nieprawdopodobne sytuacje, nieraz jak w amerykańskim filmie i nieraz trudne do uwierzenia.
Dzisiaj, po latach, inaczej na to patrzę, ale wtedy młody wiek, brawura... Nie zdawałem sobie sprawy, do czego to mogło doprowadzić. Miałem dużo szczęścia. Przeżyłem dzięki Bogu, który naprawdę miał mnie w swojej opiece. Zważywszy, że z kompanii, która liczyła sto sześćdziesiąt cztery osoby, pod koniec wojny zostało nas tylko dwóch, można mówić o szczęściu.
Wszystkie te zdarzenia starałem się opisać jak najbardziej obiektywnie. Czy udało mi się to, niech ocenią inni.
Początek wojny
Tego poranka Matka nie zbudziła nas jak zwykle na jagody czy grzyby lub do zajęć przy gospodarstwie. W upalne lata zawsze spaliśmy z braćmi na strychu, na sianie. Tego poranka obudziły nas wybuchy bomb, które spadły na lotnisko w Rumi, odległe o około pięć kilometrów. Huk eksplodujących bomb był tak donośny, że zerwaliśmy się na równe nogi i prędko zeszliśmy na dół, na podwórko, a tam stał już Ojciec z Matką. Ojciec był bardzo zdenerwowany i powiedział: „no tak, stało się, tego można było się spodziewać". Następnie zwrócił się do mnie: „prędko śniadanie i rowerem do Rumi, do Wujka Józefa i niech ci zda relację z tego, co się tam stało, a jak będzie niebezpiecznie, to niechaj z całą rodziną przyjdą do nas, do Łężyc, no i prędko z powrotem". Wujek Józef mieszkał w Rumi, blisko lotniska, na ulicy Kwiatowej, i z tego powodu Ojciec się tak mocno zniecierpliwił, że wysłał mnie, ażeby zapoznać się z sytuacją i zaproponować im przyjazd do nas, do Łężyc. Myśmy mieszkali w Łężycach ha wybudowaniu, blisko lasu, w takiej dolinie, gdzie było względnie bezpiecznie. Wujek Józef był kierowcą taksówki w Gdyni i jeżdżąc z różnym towarzystwem, wdając się często w rozmowy, był dobrze zorientowany w sytuacji i wiedział o nadchodzącym niebezpieczeństwie wojny. W ostatnim czasie dość często spotykał się z Ojcem i obaj stale politykowali na temat wojny: że jest nieunikniona, że jest bliska.
Więc ja szybko zjadłem śniadanie, zabrałem rower i pojechałem do Rumi. Mijając po drodze wieś Łężyce, widziałem wszędzie dużo ludzi na drogach, przy domostwach, którzy w zdenerwowaniu dyskutowali o ostatnim wydarzeniu. Jadąc przez las do Zagórza, spotykałem już ludzi, który opuszczali Rumię-Za-górze (bo tak się dawniej nazywała ta miejscowość), by chronić się w pobliskich wioskach. Przyjechałem do Wujka na ulicę Kwiatową, zastałem go w ogrodzie z głową zadartą w niebo, wypatrującego nieprzyjacielskich samolotów. Jak tylko mnie zauważył, zaraz zapytał, co Ojciec na to wszystko mówi. Odpowiedziałem, że jak jest u Wuja niebezpiecznie, to mają z całą rodziną przyjechać do nas. Wujek zdał mi relację z tego, co się w Rumi stało, pogadaliśmy trochę i dowiedziałem się, że są zabici i ranni i że parę domostw legło w gruzach. Prędko pożegnałem się i pojechałem z powrotem do domu. Po drodze zauważyłem coraz więcej ludzi na ulicach, spieszących w kierunku Łężyc, Reszek i Kamienia. Opuszczali swe domostwa w Rumi-Zagórzu z powodu tego lotniska.
Po obiedzie Wujek Józef wraz ze swoją rodziną i rodziną sąsiada, z którym jeździł na zmianę na taksówce w Gdyni, sprowadzili się do nas. Rozpakowali się i teraz nasze dwupokojowe mieszkanie zagęściło się do tego stopnia, że spanie na sianie stało się koniecznością. W sumie było nas wszystkich około dwudziestu. Niektórym, którzy jeszcze nie zrozumieli wagi niebezpieczeństwa wojny, było poniekąd wesoło. Jak to młodzież, ma swój świat i swój punkt widzenia.
Napływały różne, nieraz sprzeczne ze sobą wiadomości. Radia nie mieliśmy, więc każdego dnia z rana na rowerze jeździłem po gazetę i załatwiałem inne sprawy, między innymi zakupy żywności. Te wiadomości z prasy nie zawsze były prawdziwe, raczej optymistyczne, budujące na duchu: że nie oddamy ani guzika, że nasi górą, że Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę, że ich lotnictwo już nam pomaga i to, że generał Bortnowski idzie ze swoją armią na Pomorze, by bronić tego wąskiego korytarza. Inne wieści niosła poczta pantoflowa, tak, że można było dostać pomieszania zmysłów z tego wszystkigo. Ja byłem w takim wieku (szesnaście lat), że górę brała ciekawość, wszystko mnie i braci interesowało. Z naszej wioski i rodziny wujowie czy stryjkowie zostali już wcześniej zaciągnięci w ramach tak zwanej mobilizacji na wojnę. Jeden ze stryjków był w tak zwanej marynarce lądowej i po potyczce z wojskami Gdańskiej Landwehry w Osowej, wracając z powrotem z jeszcze jednym kolegą, opowiadali, jak to błyskawicznie rozprawili się z Niemcami. Nasze nadzieje na prędkie zakończenie wojny były duże.
Dni mijały i coraz wyraźniej słychać było odgłosy strzelaniny artyleryjskiej, przelatywały samoloty, były następne bombardowania Rumi, zbliżały się zagadkowe dni okupacji. Ojciec, wykorzystując zgromadzoną w domu siłę roboczą, wpadł na pomysł, żeby wymłócić zboże (oczywiście cepami), mówiąc, że jak się stodoła spali, to się zboże uratuje. Zboże schowaliśmy do kopców na kartofle. Ludzi było dosyć, więc zebraliśmy się do młócenia, a kobiety gotowały posiłki i po swojemu plotkowały o tym, co ma niebawem nastąpić.
Po paru dniach przyszło Wojsko Polskie z cywilami i zaczęli w odległości stu metrów od naszego domu kopać rowy i robić pozycje obronne. Z tego wiadomo było, że tu się rozegra walka, bo to jest ostatni punkt obronny przed Gdynią. W tej sytuacji Ojciec z Wujkiem uradzili, że należy się wyprowadzić do lasu i tam wykopać taki schron - ziemiankę, zabrać ze sobą krowę i, co najważniejsze, wyposażenie domowe. Dom należy zostawić zwyczajem kaszubskim otwarty, większość inwentarza żywego miała zostać w zagrodzie. W miarę możliwości w tym zagrożonym terenie należało z doskoków zwierzęta dokarmiać. Jak postanowili, tak zrobili. Ojciec, Wujek, kolega Wujka, ja i dwóch moich braci zabraliśmy ze sobą łopaty, siekiery, piły, kilofy i poszliśmy budować dla nas schronienie. Wybraliśmy takie miejsce pod górą, które by nas chroniło
od pocisków artyleryjskich. Schron oddalony był od domu około dwa kilometry w kierunku na Cisową, w oddziale 71. Z rana zabraliśmy się do pracy. Łopaty poszły w ruch. Jedni kopali ziemiankę, drudzy ścinali drzewa, tak, że w jeden dzień dwie ziemianki były gotowe, a w przerwach starsi debatowali o wojnie, która się zbliżała. Przypominam sobie taką rozmowę: „jak to jest możliwe, że Polska, która ma około stu generałów, nie ma żadnego na najbardziej zagrożonym terenie, jakim jest Pomorze, w tym wąskim korytarzu". Pytali jeden drugiego: „Co to jest za polityka? Tego terenu bronią tylko cztery baony i marynarka oraz parę żołnierzy na Westerplatte." Jak się później okazało, westerplatczycy walczyli najdłużej i najwaleczniej - nie było im równych. Strona niemiecka miała zaś tylko na lądzie aż trzech generałów, nie licząc tych z lotnictwa i marynarki wojennej.
Koło wieczora wróciliśmy do domu i po drodze spotkaliśmy już wojska polskie, które szykowały się do obrony tego terenu. W domu kobiety szykowały się do przeprowadzki do lasu: spakowano pierzyny, koce, ubrania i różne niezbędne rzeczy, łącznie ze sprzętem, który by się mógł przydać w lesie. Matka upiekła dwa piece chleba. Zabraliśmy ze sobą krowę i psa, resztę inwentarza żywego zostawiliśmy w domu z myślą, że będziemy mogli w chwilach spokojniejszych dokarmiać go. Gdy opuszczaliśmy nasz dom, przed południem, siódmego czy ósmego września, to kule karabinowe świstały nam nad głowami, a że dom nasz stał w dolinie, to kule przelatywały górą. Dlatego dom nasz ocalał, bo domy, które stały na równinie zostały spalone. Na równinie lężyckiej rzeczywiście rozegrały się zażarte walki, broniące dostępu do Gdyni. Na drugi dzień, po naszym przeprowadzeniu się do ziemianek w ten sam sposób przeprowadziło się jeszcze około ośmiu do dziesięciu rodzin z okolicy, która była również zagrożona przez przygotowane okopy obronne. W sumie było nas około sześćdziesięciu do siedemdziesięciu osób - więc było raźniej. W dzień paśliśmy krowy, chodziliśmy po wodę do strugi Cisowianki, która w pobliżu ma swój początek, a w nocy trzymaliśmy wartę, do której każda rodzina wystawiała jedną osobę. Było tam dużo dorosłych mężczyzn, którzy albo nie zostali powołani do wojska z braku broni, albo byli jeszcze przed poborem. Prawie co dzień z rana ja z Ojcem chodziłem do domu dokarmiać ten nasz żywy inwentarz, który pozostał w zagrodzie. Lubiłem te wypady, zawsze rwałem do przodu, wszystko mnie interesowało. Ojciec musiał mnie powstrzymywać. Po drodze sprawdzało nas wojsko, spotkaliśmy również i kosynierów. W naszym domu był punkt opatrunkowy.
I tak płynęło życie w lesie, w takich warunkach, w dużej gromadzie. Było nawet wesoło dla tych, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, co niebawem miało nastąpić. Bój o Łężyce trwał prawie tydzień, pociski artyleryjskie przelatywały obok nas albo rozrywały się w koronach drzew. Były takie momenty, że wszyscy schowani byli w schronach i słychać było tylko modlitwy albo pieśni religijne. Przechodziło koło nas wiele wojska, to w jedną, to w drugą stronę. Przechodzili kosynierzy i cywile i od nich dowiedzieliśmy się, że w niedzielę, dziesiątego września 1939 roku, została zabita pociskiem artyleryjskim na Cisowskich Pustkach nasza najstarsza siostra Zofia. Miała wtedy osiemnaście lat i była to pierwsza ofiara w tej wojnie w naszej rodzinie. Przebywała tam chwilowo u naszej cioci Marii. Rozpacz była wielka. Szczególnie Matka nie mogła się z tym pogodzić. Nie mogliśmy być nawet na jej pogrzebie. Pochowano ją na cmentarzu w Cisowej. Była rozszarpana na kawałki i w takiej sytuacji lepiej było, że ją Matka nie widziała. Na drugi dzień, dwunastego września, od samego rana zrobił się duży ruch wojsk, wzmagały się strzały, świstały pociski, coraz bliżej słychać było strzelaninę. Około południa szli w stronę frontu kosynierzy, było ich około trzydziestu, a o godzinie 15 kosynierzy przyszli z powrotem, niosąc ze sobą zdobyty, niemiecki karabin maszynowy. Ustawili kosy w kozły, odpoczywali i zarazem agitowali nas do przystąpienia do nich, bo było wśród nas dużo mężczyzn zdolnych pod broń, więc myśmy, to znaczy chłopcy, poszli do nich na drogę i słuchali opowiadań, w jaki to sposób oni zdobyli ten karabin niemiecki. W tej chwili kobiety krzyknęły, że idą Niemcy! Przyszli zupełnie z odwrotnej strony, z której się ich nikt nie spodziewał. Zrobił się popłoch. Kosynierzy uciekli w stronę Cisowej, zabierając ze sobą zdobyty karabin maszynowy, ale zostawili parę kos, których nie zdążyli zabrać ze sobą. Z powodu tych kos mieliśmy dużo nieprzyjemności. Niemcy chcieli nam wmówić, że to są nasze kosy. Kazali wszystkim wyjść na drogę i zaglądali do naszych ziemianek, gdzie szukali broni. Wszystkich mężczyzn zabrali ze sobą. Ja byłem już w szeregu, ale jeden Niemiec popatrzył na mnie, bo miałem szyję zawiniętą bandażem (czyrak) i kazał mi wystąpić i iść do Matki. W taki sposób jako jeden z nielicznych zostałem przy matce, a reszta, w tym mój brat Feliks, starszy o rok, i Ojciec, zostali zabrani. Niemcy poszli z nimi na pole niedaleko wioski Łężyce, a tam w koniczynie leżał przykryty kocem oficer niemiecki. Odkryli go i pokazując zapytali, kto tego dokonał. Niemiec ten miał rozpruty brzuch, podobno kosą. Mówili, że oficer ten był ranny i klęczał w tej koniczynie i że kosynierzy tego dokonali, a szczególnie przyczepili się do trzech z mężczyzn, który mieli na sobie bluzy koloru, jaki mieli przed wojną strzelcy. Jednemu nawet kazali sobie kopać dół, by go rozstrzelać. Był nim Klemens Hirsz, który zmarł dopiero w 1991 roku. I wtedy starsi wiekiem, w tym mój Ojciec, wstawili się za nich, dając słowo honoru, że to jest niemożliwe, skoro oni cały czas byli razem w lesie. Kilku jednak i tak dostało parę szturchańców.
Zrobili taką selekcję: starszych wiekiem, w tym mojego Ojca, zwolnili i kazali im iść z powrotem do swoich rodzin, a resztę, w tym mojego brata Feliksa, zabrali ze sobą. Zabrali również tego zabitego oficera. Nieśli go na kocu. Przy bruku, który prowadzi z Chyloni do Koleczkowa, niedaleko leśniczówki Regulewo, pochowali go w lesie, parę kroków od bruku. Leżał tam kilka dni, a na prowizorycznej tabliczce napisali, że jest to oficer w randze majora o nazwisku Taube. Wziętych do niewoli prowadzili krętymi drogami przez Karczemki, Matarnię do Wrzeszcza, a stąd na Westerplatte. Stąd po paru dniach kilku trafiło na roboty do bauerów, w tym również mój brat Feliks. Inni dostali się do Sztutthofu, kilku już nigdy nie wróciło do domów. Jeden z naszych sąsiadów został tak zbity kolbami, że był już nienormalny i w marcu go zwolnili, ale nie był to już ten sam człowiek. Wszystkiego się bał, a przede wszystkim ludzi w mundurach: żołnierzy, listonoszy, leśniczych. Przed nimi chował się, gdzie się dało. Nie wytrzymując tego napięcia psychicznego, po miesiącu czasu, targnął się na swoje życie.
Ojciec wrócił z powrotem, a wraz z nim kilku innych, starszych wiekiem. Opowiedzieli wszystko, co ich tam spotkało i co tam widzieli. Ojciec zabrał mnie i poszliśmy zobaczyć, co z naszym domem, czy się ostał czy nie, bo było to teraz najważniejsze. Dobrnęliśmy szczęśliwie, po drodze zalatywał nas swąd spalenizny. Ciekawi byliśmy skąd, ale już od lasu widać było, że nasz dom, wraz z zagrodą ocalał. Po drodze napotkaliśmy różny, porzucony sprzęt wojenny. W domu był bałagan po opatrunkach, bandażach. Stół służył im jako stół operacyjny i cały był we krwi. Na podwórku leżały zabite gęsi i kury, ale w chlewach wszystko było żywe. Ja poszedłem zaraz zobaczyć na równinę, skąd dolatywał swąd spalenizny. Około siedem domostw dogorywało. Były to domy przeważnie pod strzechą. Wróciłem prędko z powrotem do Ojca, bo zauważył mnie jeden żołnierz niemiecki i przyszedł za mną, ale widząc, że jesteśmy mieszkańcami tego domu, pogadał z Ojcem i poszedł z powrotem. Ja opowiedziałem Ojcu, jakie domy dogorywają i że widok jest okropny. Poszlis'my z powrotem do naszego lasu, bo zbliżała się szarówka i wracać o takiej porze było niebezpiecznie. Wróciliśmy do naszych rodzin, bo wszyscy nas oczekiwali, żądni najnowszych wiadomości. Jeszcze tę noc zostaliśmy w lesie, ale o spaniu nie było mowy. Cała noc przeszła pod znakiem ostatnich wydarzeń. Kobiety, których mężów czy synów zabrano, płakały, lamentowały, a tu na dodatek nie ma gdzie wracać, domy spalone. To była naprawdę tragedia i tak zaczęła, się długa, bo aż pięć i pół roku trwająca okupacja.
Na drugi dzień rano przeprowadziliśmy się z powrotem do naszego ocalonego domu, którego inni nie mieli. Jedną, ośmioosobową rodzinę zabraliśmy ze sobą do naszego mieszkania i parę tygodni mieszkaliśmy razem, do czasu, gdy załatwili sobie mieszkanie i wyprowadzili się. W ten sam sposób inne rodziny, które straciły swoje domy, gdzieś się ulokowały i trzeba się było przyzwyczaić do innych warunków.
Na drugi dzień po naszym powrocie z lasu, w godzinach obiadowych, od strony lasu idzie dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach, ale widać było, że są przebrani, zaraz się do tego przyznali, bo nie bardzo dopasowali do siebie ubrania. Byli to żołnierze polscy z baonu wejherowskiego. Ojciec poszukał jednemu większe spodnie, Matka ich nakarmiła i poszli, pytając o najkrótszą drogę, lasami do Łebna. Następnego dnia przyszedł żołnierz polski w pełnym rynsztunku, z karabinem, w hełmie i udawał odważnego, pytając gdzie są Niemcy. Mówił, że jeszcze paru ubije. Niemcy znajdowali się w wiosce w Łężycach i jeszcze w dwóch miejscach, gdzie ustawione były baterie artyleryjskie, które ostrzeliwały Oksywie i półwysep Hel. Żołnierz poszedł przez pola w kierunku Łężyc. Co się dalej z nim stało, tego nigdy się nie dowiedziałem. Ja z młodszym bratem Teodorem i jeszcze kilkoma kolegami szperaliśmy po lasach, zagajnikach, szukając wszystkiego, co miało związek z wojną, a było tego w okolicy co nie miara. Przy okazji znaleźliśmy paru zabitych żołnierzy. Znaleźliśmy też broń, granaty, pistolety, rower i różny sprzęt wojskowy. Próbowaliśmy z broni strzelać do celu, ale wtedy Ojciec nam to wybił z głowy, broń odebrał i schował.
Pierwsze lata okupacji
W wiosce w Łężycach były trzy majątki: Roszczynialskiego, Woykego i Schulca. Schulc był Niemcem, więc on swój majątek zatrzymał, ale majątek Woykego i Roszczynialskiego objął tak zwany Treuhendler. Najpierw był Masoff, a później Masoff zdał majątki takiemu Niemcowi z Redy o nazwisku Bussa, do którego ja z Ojcem zostaliśmy skierowani do pracy i pracowaliśmy około pięciu miesięcy. Pan Masoff nie wypłacał nam zarobku, uważając to za normalne. Po kilku upomnieniach o wypłatę, Ojciec napisał zażalenie do Arbeiterfrontu (Związek Pracy) i został wtedy skierowany do pracy na lotnisko w Rumi, a ja dalej pracowałem w tym majątku, ale już za jakieś pieniądze. Pan Masoff nie mógł zapomnieć tego, że przegrał z Ojcem i mścił się na mnie jak tylko mógł, szukając różnych pretensji.
Pewnej niedzieli, latem 1940 roku przed południem, Pan Schulc, Niemiec Masoff i dwóch leśniczych niemieckich o nazwiskach Rozentreter i Fechtelman wyszli z bronią na bruk w Łężycach, gdzie po środku wioski stała kapliczka z dzwonkiem, którym dzwonionio na Anioł Pański. Była to kapliczka z Matką Boską, trzymającą na ręku Dziecię Boże, które trzymało w ręku kulę ziemską. Niemcy urządzili sobie strzelaninę do tych figur, aż do całkowitego ich potłuczenia. Później podeszli i zdjęli ten dzwonek, mówiąc, że to będzie na armaty. Na drugi dzień kazali rozebrać całkiem kapliczkę, a materiał wywieźć do lasu. Przy rozbieraniu fundamentów znaleźliśmy butelkę, w której był akt erekcyjny na nazwisko Zalewskich (teściowie Woykiego). Były tam jeszcze pieniądze. Po wojnie Schulc został zaocznie skazany wyrokiem Sądu Polskiego w Gdyni na dwanaście lat więzienia za niszczenie dóbr kulturalnych.
Minęło już sporo czasu od odejścia Ojca z pracy na majątku, a Pan Masoff nie zaprzestał szykan w stosunku do mnie, aż za nieobecność pół dnia w pracy kazał brygadziście nie przyjmować mnie więcej do pracy, mówiąc, że jeżeli mnie się u niego nie spodoba, to będę wywieziony do Niemiec na roboty. Co miałem robić? Do Niemiec na roboty nie chciałem, więc pojechałem do Wujka Feliksa do Cisowej. Wujek ten miał znajomego kolegę, byłego nauczyciela, który pracował na Arbeitsamcie w Gdyni. Pojechaliśmy do niego i opowiedziałem mu cale zdarzenie, co mnie czeka i że nie chcę być wywieziony do Niemiec. On poszperał w kartach zapotrzebowań do pracy i powiedział, że jest tylko jedna taka praca, z której mnie nie zabiorą do Niemiec, ale jest ona na Babich Dołach, na kafarze, gdzie prace wykonuje się dla wojska, dla marynarki wojennej. Co miałem robić? Zgodziłem się i zaraz dostałem skierowanie na Babie Doły, do firmy „Grunh und Bildfinger" na kafar. Na drugi dzień pojechałem rowerem, ale gdzie są Łężyce, a gdzie Babie Doły. Rower był stary i często się psuł, postarałem się przyjechać na czas i zostałem przydzielony na kafar, gdzie wbijaliśmy pale przy budowie mostu. Firma ta wykonywała budowie dla zaopatrzenia i schronienia łodzi podwodnych. Załoga była polska i składała się z sześciu osób i majstra. Majster był Niemcem z Hamburga o nazwisku Jeger, był w starszym wieku i specjalnie się do nas nie wtrącał, najważniejsze aby szła praca. Widzieliśmy go przeważnie dwa razy w dzień: rano i wieczorem. Ja byłem najmłodszym pracownikiem i miałem dwie funkcje: wirgowanie pali na dole i zatykanie sworzniem baby, gdy była u góry w stanie nieczynności. Wysokość prowadnicy baby miała siedem metrów i codziennie kilkanaście razy musiałem po drabince się wspinać, ale byłem młodym, dobrze wysportowanym, nie odczuwałem żadnych trudności. Była to dobra praca, ciekawsza od tej w majątku. Kłopoty miałem z rowerem. Psuł się i zdarzały się spóźnienia. Zauważył to majster i spytał dlaczego się spóźniam, pokazałem mu rower. Spróbował nawet na nim pojechać, ale nie potrafił. Wtedy spytał mnie, gdzie ja mieszkam. Odpowiedziałem, że trzydzieści kilometrów stąd. Majster wtedy powiedział, że to jest niemożliwe tak daleko rowerem dojeżdżać, że jestem zmęczony samą jazdą, a co tu mówić o pracy, i zaproponował, żebym został w hotelu (były to baraki), ale ja się upierałem, że będę dojeżdżał. Na drugi dziefi przyniósł dla mnie „bezugszejn" na rower. Wtedy byłem uratowany. Następnego dnia kupiłem sobie nowy rower w Gdyni. Teraz jazda na nowym rowerze sprawiała mi przyjemność i sprawę dojazdu do pracy miałem już z głowy.
Do dziś dnia nie wiem jak to się stało. Wchodząc kolejny raz po drabince, żeby zatkać sworzeń, straciłem równowagę i poleciałem na dół, po drodze obijając sobie bok i głowę. Spadając do wody, straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem, byłem w karetce pogotowia, która zawiozła mnie do szpitala gdyńskiego. Tam po opatrzeniu i założeniu na głowie sześciu klamer, obandażowali głowę i zawyrokowali, że ze względu na utracenie przytomności muszę zostać w szpitalu. Zaprowadzili mnie na piętro i pokazali łóżko na korytarzu, bo wszystkie miejsca w salach były zajęte przez-marynarzy niemieckich, którzy w wyniku napaści na Norwegię zostali w bitwie morskiej zatopieni. Niektórzy z nich dopiero po paru dniach zostali wyłowieni i przywiezieni do Gdyni do szpitala. Paru z nich doznało szoku i dlatego umieszczono ich w zakratowanych salach szpitalnych. Podczas wizyty lekarskiej wydostali się na korytarz. Dwóch z nich zaczęło uciekać, wywracając łóżka na korytarzu. Moje łóżko również przewrócili. Ja byłem w trakcie przebierani^ się. Widząc co się dzieje, nie namyślając się dużo, przebrałem się z powrotem w moje ubranie i w tym całym bałaganie, jaki powstał, wyszedłem nie zauważony ze szpitala. Na Placu Kaszubskim wsiadłem w autobus i pojechałem do Wujka, do Cisowej. Jadąc autobusem z głowa całą zabandażowaną, wyglądałem co najmniej dziwnie, bo wszyscy się na mnie gapili. Przyjechałem do Wujka i opowiedziałem mu całe to zdarzenie. Do domu już nie poszedłem, ponieważ byłem osłabiony i zostałem u Wujka przez noc. Na drugi dzień Wujek powiedział, żebym się zgłosił w szpitalu, bo mogę mieć nieprzyjemności. Więc pojechałem i na dworcu w Chyloni spotkałem Matkę, która naturalnie mnie nie poznała i przeraziła się, widząc mnie w takim stanie. Opowiedziała mi, że poprzedniego dnia ' był pewien pan o godzinie siedemnastej, a drugi raz przyszli we dwóch i pytali, gdzie ja jestem albo gdzie ja mógłbym być, ale nie mówili nic, co się stało. Ja uspokoiłem Matkę i pojechałem do szpitala. W szpitalu zgłosiłem się na izbie przyjęć. Siostry zawiadomiły lekarza, który przyszedł i z krzykiem na mnie, gdzie ja byłem, że on jest za mnie odpowiedzialny, a ja sobie znikam bez zawiadomienia, że będę pociągnięty do odpowiedzialności. Ja mu opowiedziałem sprawę o przewracaniu łóżek na korytarzu i to mnie uratowało. Lekarz zabrał mnie i dokładnie zbadał. Spytał, czy nie dostaję zawrotów głowy. Ja odpowiedziałem, że nie. Potem zrobili opatrunek i mogłem pojechać do domu i co drugi czy trzeci dzień miałem się stawić na opatrunek. Chorowałem około pięciu tygodni, zbierając jagody. Podczas mojego chorowania miałem dużo czasu i Matka zaproponowała, żebym odwiedził brata Feliksa, który był u bauera na robotach w Konradwalde, za Elblągiem. Pierwszej soboty wybrałem się w podróż do brata, a że nie miałem dobrego ubrania, więc Matka mówiła, żeby po drodze w Gdańsku kupić ubranie, przebrać się i pojechać jak człowiek. Kupon na ubranie dostałem z mojej firmy. Jadąc do brata, wyszedłem w Gdańsku i kupiłem sobie ubranie i zaraz się w nie ubrałem, a stare ubranie zapakowałem w paczkę. W Elblągu wyszedłem z pociągu, aby kupić bilet na dalszą drogę do Konradwalde, ale przy kasie była kolejka. Gdy już kupiłem bilet, to pociąg odjechał. Był to ostatni pociąg w tę stronę i nie pozostało mi nic więcej, jak pójść pieszo. Nie doszedłem tego dnia do Konradwalde, bo zastała mnie noc. Byłem zmęczony, więc nie namyślając się wcale, wszedłem na łąkę, gdzie pasło się wiele bydła. Położyłem paczkę pod głowę i zasnąłem twardym snem. Gdy się rano obudziłem, nade mną stał koń. Wstałem, rozejrzałem się i zobaczyłem, jak szwajcerzy doili krowy. Podszedłem do pierwszego, i o dziwo, był to znajomy kolega szkolny z mojej wioski. Patrzył na mnie i nie mógł mnie poznać. Okazało się, że moje ubranie mocno farbowało, a w nocy padał deszcz i cały zafarbowany na kolor granatowy byłem nie do poznania. Kolega wydoił krowy i poszliśmy do niego. Był on u leśniczego. Pani leśniczowa nagotowała wody i zacząłem się myć w wannie. Ale nie było to takie łatwe. Szorowałem szczotką ze dwie godziny, byłem cały czerwony. Choć myłem dokładnie i tak się nie udało. Po obiedzie poszliśmy do brata, było to już niedaleko, bo około trzech kilometrów. U brata zostałem do następnego dnia, przez całą noc rozmawialiśmy, bo nie widzieliśmy się około dwóch lat, było o czym rozmawiać. Na drugi dzień około południa miałem pociąg powrotny i pojechałem do domu. Nowego ubrania już nigdy na siebie nie włożyłem.
Po mojej chorobie wróciłem do pracy z powrotem na Babie Doły, na mój kafar. Do końca jesieni jeździłem codziennie do pracy na Babie Doły. Było to około sześćdziesiąt kilometrów w obie strony. Byłem w takiej kondycji fizycznej, że mogłem śmiało brać udział w wyścigu, był to dobry trening. Pewnego ranka, w czerwcu 1941 roku, przyszedł do nas na kafar majster i powiedział: „przerwać pracę na chwilę". Następnie oznajmił, że dziś rano wojska niemieckie uderzyły na Związek Radziecki. Nastała cisza. Dlaczego wy nic nie mówicie, a po chwili dodał, czy czasem historia się nie powtórzy z Napoleonem. On był chyba antyfaszystą. bo i z innych wypowiedzi tak wynikało, stale krytykował hitlerowskie poczynania. Pod koniec września skończyliśmy naszą pracę na ka-farze, bo już wbiliśmy wszystkie pale, które były potrzebne. Wtedy zostaliśmy wszyscy skierowani na bagier wiadrowy w tej firmie. Ja dostałem przydział na szlandę (na barkę). Bagrowaliśmy w okolicy stoczni, a piasek wywoziliśmy na Hel. Zdarzały się różne przygody, jak sztorm, zerwanie liny, itp. Trafiało się często na bursztyn. Szybko się go pozbywałem, sprzedawałem Niemcom zatrudnionym na bagrze za parę marek. Byli oni wszyscy szlifiarzami i szlifując ten bursztyn wyrabiali z niego cenną biżuterię. Była to dobra praca na wodzie, ale szybko zbliżała się zima i wtedy morze zamarzło. Tego roku była sroga zima, zabrakło dla nas pracy w tej firmie. Nie można było wykonywać tego rodzaju prac i wtedy przenieśli nas do innej firmy, która wykonywała prace badawcze gruntu, to znaczy robiliśmy odwierty w głąb ziemi na głębokość pięćdziesięciu metrów i więcej. Prace te wykonywaliśmy od Oksywia, łąkami aż do Rumi, a później robiono odwierty dalej, w kierunku Mechelinek, ale mnie już tam nie było. Firma ta o nazwie Edelbrum miała za zadanie badanie gruntu pod przyszły kanał, który miał iść od Gdyni, dookoła Kępy Oksywskiej, aż do Mechelinek. Jedna załoga liczyła pięć osób, a takich załóg było sześć lub siedem. W mojej załodze pracował mój stryj Teodor i Iwański Franek, brat znanego, powojennego boksera.
W styczniu 1942 roku stryj Teodor w sprzeczce z jednym gdańszczaninem o politykę, został aresztowany i, jak się później okazało, zabrany do Sztutthofu, na tak zwany oddział" karny, a Ciocia została z trojgiem małych dzieci. Ile to było starania, ażeby go stamtąd wydostać. Kosztowało to nas dwa świniaki a jeszcze on musiał podpisać III grupę. Był tam tylko sześć tygodni, ale jak wrócił, to był nie do poznania. Jak się wykurowai do pewnego stopnia, to powołali go do wojska niemieckiego, ale nie mieli z niego żadnej korzyści, był stale chory i przebywał stale albo w szpitalu, albo w izbie chorych. Po półtora roku zwolnili go do domu.