NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Zdzisław Józef Konnak [Warszawa]

Wspomnienia z okresu okupacji niemieckiego Forstmeistra na Gochach

[NG: 41]   Autor: Zdzisław Józef Konnak - Warszawa (liczba artykułów: 3)

*

O wspomnieniach niemieckiego nadleśniczego w Rudawie (dzisiaj Suszka) - przed wojną Pflastermiihl, wydanych w roku 1969 w ówczesnej Republice Federalnej Niemiec, dowiedziałem się na początku lat 80 ubiegłego wieku od nadleśniczego terenowego w tym nadleśnictwie pana Lecha Paczkowskiego. Opisywane w wspomnieniach leśnictwa wchodzą obecnie w skład lasów nadleśnictwa Niedźwiady z siedzibą w Przechlewie,.

Byłem wtedy krótko łowczym w kole łowieckim „Lasy" przy Naczelnym Zarządzie Lasów Państwowych w Warszawie, które dzierżawi jeden z obwodów łowieckich w tym nadleśnictwie..

Pan Paczkowski otrzymał tę książkę od wdowy po autorze, kiedy odwiedzała strony, w których przeżyła z mężem około piętnaście lat. Pożyczyłem ją na kilka tygodni.

W trakcie czytania uświadomiłem sobie, że w czasie okupacji widziałem tego człowieka, kiedy na koniu wjechał na teren gospodarstwa moich dziadków w Czapiewicach i chciał rozmawiać z właścicielem lasu.

Forstmeistra z przygranicznej Rudawy, (jw. wspomniałem noszącej obecnie nazwę Suszka), po zajęciu przez Niemców Pomorza w 1939 roku, oddelegowano do pełnienia funkcji Forstmeistra -nadleśniczego w nadleśnictwach Laska i Chocimski Młyn, Należą ono obecnie do nadleśnictwa Przymuszewo w toruńskiej dyrekcji lasów i Osusznica, przyłączonej po reorganizacji do Szczecinka.

Kiedy w 1980 roku zostałem przeniesiony z Torunia do pracy w Naczelnym Zarządzie Lasów Państwowych w Warszawie, oddelegowano mnie do w zespołu organizującego wymianę doświadczeń i współpracę z leśnikami i administracją leśną NRD.

Byłem, więc wielokrotnie w Eberswalde, gdzie mieścił się ich instytut badawczy i przy jakiejś okazji, poprosiłem- między innymi wice dyrektora tego instytutu dr Horsta Ruffera, jak również dyrektora departamentu w ich ministerstwie, aby sprowadzili dla mnie z RFN tę książkę. Po kolejnym moim pytaniu, czy mają ją już wreszcie, dosyć nerwowo zapytano mnie:- „ A właściwie, dlaczego tobie tak na tej książce zależy"?

Odpowiedziałem wtedy-może niezbyt dyplomatycznie: „ Podczas wojny, dobry Niemiec, to był dla nas martwy Niemiec. Ale były wyjątki! Do nich należał wojenny nadleśniczy z Laski - Beninde."

Wieczorem przy piwie, ktoś poprosił mnie o parę słów o tym nadleśniczym. Opowiedziałem wtedy historię, jaka przydarzyła się podczas wojny leśniczemu leśnictwa Asmus w nadleśnictwie Laska, Franciszkowi Kopickiemu, który był mężem kuzynki mojej matki.

Otóż nadleśniczy -a w administracji niemieckiej Forstmeister Beninde przysłał do leśniczówki Asmus na polowanie na głuszca swojego przyjaciela, pułkownika na urlopie. Po zlokalizowaniu tokowiska podczas wieczornych zapadów, gość doszedł rano do strzału.

Podczas śniadania, myśliwy zapytał:-, Panie leśniczy! Mój przyjaciel Beninde powiedział mi, że jest pan wysoko wykwalifikowanym leśnikiem i myśliwym, dlatego nie rozumiem, dlaczego nie wręczył mi pan złomu. Głuszec został przecież przeze mnie strzelony prawidłowo?"

Jedyna możliwa i logiczna odpowiedź leśniczego brzmiała.- „Panie pułkowniku. Zechce pan mnie zrozumieć. Polowało tu przed wojna wielu dostojnych myśliwych. Pozostało w zwyczaju, że złom wręczamy tylko gościom".

Pułkownik skłonił głowę i powiedział.-, Zrozumiem pana. Jestem oficerem. Ale nie będzie pan miał do mnie pretensji, że o afroncie, który mnie z pana strony spotkał opowiem mojemu przyjacielowi."

Po odjeździe gościa leśniczyna, która była dosyć egzaltowaną kobietą, zrobiła mężowi awanturę: „Przez ciebie wszystkich nas wezmą do obozu, coś ty narobił itd." Cała rodzina w niepokoju czekała na przyjazd gestapo.

Dopiero po kilku dniach zadzwonił telefon z nadleśnictwa. Były to jeszcze telefony wewnętrzne, łączące leśnictwa z nadleśnictwem liniami jedno przewodowymi. Poszczególne leśnictwa zgłaszały się po odpowiednich dzwonkach.

Po paru nerwowych dniach, pracownik w kancelarii nadleśnictwa Laska Ryngwelski, zawiadomił leśniczego, że Foirstmeister wzywa go do siebie na jutro o godzinie 8-ej.

Po ubraniu ciepłej bielizny i zabraniu kanapek na przewidywaną dłuższą drogę, leśniczy dojechał rowerem do nadleśnictwa oddalonego o kilka kilometrów.

Forstmeister-urzednik starej pruskiej szkoły, zawsze punktualny, kazał leśniczemu czekać na korytarzu niezwykle długo. Czeka na przyjazd gestapo - pomyślał leśniczy. Wreszcie przez sekretarza wezwał go do swego gabinetu.

Po zameldowaniu się, jak to wtedy obowiązywało, na trzęsących się nogach, forstmeister, po długim patrzeniu w oczy leśniczemu wreszcie powiedział: -

Panie leśniczy, niech pan się zastanowi. Czy ja jestem właśnie tym Niemcem, wobec którego pan chce podejmować swoje demonstracje polityczne? Niech pan to przemyśli. Nic więcej nie mam panu do powiedzenia."

Historię tą poznałem z kilku źródeł. Z ust leśniczego Kopickiego, który z całą rodziną podczas i po wojnie bywał częstym gościem w domu dziadków w Czapiewicach, oraz jego żony, która chętnie przypominała jak to podczas wojny Franuś naraził całą rodzinę.

Ale też z innego bardzo wiarygodnego źródła.

Będąc w latach 1958-1970 nadleśniczym w Iławie, poznałem pracownika Rejonu Lasów, a po jego likwidacji w roku 1959 głównego księgowego-kierownika biura, w Szkółce Zadrzewieniowej Nawra koło Nowego Miasta.

Wygadał się kiedyś, że podczas wojny był sekretarzem w nadleśnictwie Laska. Pochodził z tych stron. Wypytałem go o leśniczego Kopickiego.

Potwierdził mi to, co wcześniej już kiedyś usłyszałem, ze wszystkimi szczegółami.

O ile wiem leśniczy Kopicki, nie był kombatantem i nie chciał za takiego uchodzić. Kiedy po wielu latach sam spytałem go jak do tego wypadku doszło, powiedział mocno zażenowany.

,Nie wiem co się ze mną wtedy stało. Po strzale, kiedy głuszec strzelony przez tego Niemca spadł na ziemię, poczułem się jak zdrajca. Miałem świadomość, że powinienem mu wręczyć złom, ale nie byłem w stanie ani tego zrobić, ani wymówić jednego słowa."

Nie będę już szczegółowo opisywał opowiedzianego mi również zajścia, kiedy Forstmeister Beninde natknął się w lesie, na siedzącą przy ognisku i jedzącą obiad gromadę mężczyzn, znacznie przewyższającą zarejestrowany stan robotników w tym leśnictwie. Zatrzymał się, chwile popatrzył, odwrócił, i odchodząc powiedział do leśniczego. „Nie przeszkadzajmy. Jest pora obiadowa i każdy chce obiad zjeść w spokoju."

W lasach nadleśnictwa Laska, pod „ patronatem" i w szeregach Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski", ukrywała się liczna grupa dezerterów z wojska niemieckiego.

Beninde domyślał się, kim są siedzący przy ognisku obok robotników młodzi ludzie. Opowiedział mi o tym po latach leśniczy Kopicki.

Pozytywną i przekonująco uzasadnioną opinię o Forstmeistrze Beninde usłyszałem też od pana mgr inż. Leona Wysockiego, po wojnie nadleśniczego Nadleśnictwa Lubichowo w dyrekcji gdańskiej. Był on w pierwszych latach wojny leśniczym w majątku Sikorskich w Leśnie, sąsiadującym z lasem mojego dziadka.

Przypadek też sprawił, że pracując w Naczelnym Zarządzie Lasów, odwiedzałem służbowo przedsiębiorstwo naprawy sprzętu leśnego w Miillrose, koło Frankfurtu nad Odrą. W jednym z rozdziałów swojej książki Autor opisuje swoje polowania w tej okolicy.

Te kilka znanych mi faktów wiążących się z opisanymi przez autora przeżyciami, w znanych mi miejscowościach, skłoniło mnie do próby przetłumaczenia tej pracy na nasz język, zwłaszcza, gdy dzięki pośrednictwu pani Aliny Groblewskiej, która była członkiem koła łowieckiego „OSZCZEP" w, Szczecinku, które dzierżawi obwód łowiecki, w skład, którego wchodzą lasy byłego nadleśnictwa Rudawa, otrzymałem od owdowiałej w międzyczasie pani Paczkowskiej na własność tę książkę:„ JAGEN UND REITEN -PASSION MEINES LEBENS.

 

**

(Posłowie —od tłumacza)

Gdyby los sprawił, że w roku 1965 zamiast wspomnień Forstmaistra hrabiego Clausa Fink von Finkenstein, przed wojną nadleśniczego rodowego majątku Finckensteinów nadleśnictwa Szymbark koło Iławy, którym kierowałem w latach 1958-1970 - zawartych w książkach „ Unter den Türmen der alten Burg" i „Blick, von den Zinnen," wpadła mi w ręce wydana w tymże czasie książka Jagen und Reiten........z jej stosunkiem do przyczyn i skutków ostatniej wojny, to pewnie i mój stosunek do byłych mieszkańców Pomorza i Mazur byłby inny. Może też zaprosiłbym w odwiedziny w swoim byłym nadleśnictwie hrabiego Finkensteina, jak mnie o takie zaproszenie prosili myśliwi dewizowi w moim iławskim nadleśnictwie,

W książce Romana Beninde dostrzegam tylko jedną nieścisłość .Nie dostrzegł, że na tym terenie mieszkali również Polacy.

Leśniczy Barge pracował przed przeniesieniem do Rudawy w powiecie złotowskim, gdzie i ja się urodziłem. Mniejszość polska liczyła tam 12.000.Znał na pewno dobrze język polski.

Wielu mieszkańców tego terenu nie uciekło przed frontem, ale oczekiwało wyzwolenia i powrotu do ojczyzny. Na zachód wyjechali dopiero wiele lat po wojnie.

Partia Adolfa Hitlera dostała w wyborach parlamentarnych właśnie na Pomorzu najwięcej głosów, ale tam też było największe bezrobocie w tym czasie.

Nie mniej środowisko, w którym pracował Forstmeister Beninde wyłoniło podczas okupacji wielu Niemców, którzy czynnie włączali się do działalności również w polskim ruchu oporu.

Jedną z powszechnie znanych postaci był proboszcz w Przechlewie ks. Erwin Thyron, pochodzący z Nadrenii. Do Przechlewa został przeniesiony w 1941 roku z Pluskowęsów koło Golubia-Dobrzynia.

W Przechlewie nawiązał kontakt z środowiskiem polskim i wkrótce stał się członkiem Tajnej Organizacji 'Wojskowej „Gryf Pomorski". Rada Państwa PRL przyznała mu w roku 1967 Medal Zwycięstwa i Wolności.

Stanowiska leśniczych w nadleśnictwie Niedźwiady, do którego została przyłączona Rudawa, zajmują już od wielu lat doskonale przygotowani do tego absolwenci technikum leśnego, mieszczącego się w dawnym pałacu kanclerza księcia Otto von Bismarcka w Warcinie. Gospodarka leśna prowadzona jest wzorowo.

Po wielu latach jednak, wraz z poprawą warunków życia w kraju, uboczne skutki dotknęły boleśnie tamtejsze łowiectwo. Na skutek gwałtownego wzrostu ilości samochodów i penetracji lasu przez wycieczkowiczów i grzybiarzy, jelenie stały się zwierzyną nocną, tak samo w Niedźwiadach, jak i w Niemczech Zachodnich jak to przed czterdziestu latach przewidział Beninde. Inaczej też i na innym poziomie wielu myśliwych tam poluje. Jeleni powyżej dziesiątaka praktycznie już się nie spotyka.

W sąsiadującym z dawną Rudawą łowisku, doszło - spowodowane wewnętrznym nieporozumieniem - zakłócenie stosunku płci z dawnego i pożądanego 1: l na 5: l na korzyść łań, co spowodowało nieomal całkowity zanik rykowiska. Myśliwi dewizowi przestali się interesować tym łowiskiem. Jak mi wyjaśniał jeden z nich, nie tylko z braku dobrych łownych byków.

Na ścianie mojego pokoju wisi kolekcja poroży z Niedźwiad. Od mocnego jedenastoletniego nieregularnego jednostronnie koronnego dziesiątaka z roku 1981 przez starego ponad 12 letniego ósmaka do ośmioletniego szóstaka, strzelonego przeze mnie w roku 2003.

Z wiarą i nadzieją, że nie wszystko jest stracone, przystąpiłem do tłumaczenia tej książki i oddaję ją do rąk tym, którzy skłonni są podjąć trudne działania dla przywrócenia wspaniałych rykowisk na tym terenie.

***

Roman Maksymilian Beninde

Polowanie i jazda konna - pasje mojego życia.

Wspomnienia polowań w młodości, pracy w nadleśnictwie Rudawa, a podczas -wojny równocześnie w nadleśnictwie Laska i Chocimski Młyn

 

Tłumaczenie- Zdzisław Józef Konnak

Tytuł oryginału: Jagen und Reiter — Passion meines Lebens.

Wesoła 29 grudnia 2007.

(Fragment)

Wielka pasja

Moim absolutnie pierwszym wspomnieniem- byłem wtedy trzyletnim chłopcem-była jazda z ojcem bryczką. Przed nami z przodu na koźle siedział woźnica Wilhelm w długiej liberii, ze srebrnymi guzikami, a wóz ciągnęły dwa wschodnio pruskie kasztany. Otaczała nas dolnośląska puszcza sosnowa.

Nagle z prawej strony drogi pokazał się jeleń. Wydawał mi się olbrzymi, kiedy stojąc, ufnie przepuszczał naszą powózkę. Ten obraz, stoi mi wyrażenie przed oczyma jeszcze dzisiaj, po 60 -ciu latach, od tego dziecięcego przeżycia. Był to, żeby tak powiedzieć, pierwszy byk w moim życiu.

Jak omen wpłynął na całe moje życie? Byłem jeszcze zupełnie młodym borsukiem, kiedy odstrzeliłem swojego pierwszego byka.

Dorastałem w czasach, kiedy nie było jeszcze planów odstrzału, zatwierdzanych przez państwo, jak też egzaminów łowieckich. Zasady, rozmiar i obraz ówczesnego łowiectwa ustalały powiaty. Mogę, więc powiedzieć, że wychowanie łowieckie wyniosłem z domu. A snobizm myśliwski? Mój Boże-zarówno snobizm myśliwski jak i ten powszechny, był u nas zjawiskiem znanym tylko z karykaturalnych obrazków. Nie znaliśmy żądnego snoba. Jako wyrostek uczyłem się polowania na szczurach i szpakach. Nauki dawał mi ojciec lub jego przyjaciel.

W latach naszego dorastania ojciec tkwił w Berlinie tak głęboko w szorach pracy, że strzelenie przez niego dwóch lub trzech rogaczy w roku, należało-, co prawda do regularnych-ale tylko rzadkich okresów przyjemności i odpoczynku.

Na Śląsku, skąd pochodziliśmy, mieliśmy stryja, starszego brata ojca, który był gospodarzem.

Ja i mój brat byliśmy "wysoko postawionymi osobistościami" -a berlińczycy nazywali nas Heimrats Jóren 5 -czyli „bachorami tajnego radcy" Dorastaliśmy, w Berlinie.

Kiedy już nieomal dorośliśmy, okazało się, że ucząc się w domu rodzinnym nikt w końcu nie może być czymś więcej, jak tylko synem swojego ojca. Brzmi to może trochę zarozumiale, ale swój sens uzyskuje dopiero w określonym pruskim obyciu, które nam dał właśnie dom rodzinny.

Wychowanie domowe, stwarzało bezpieczną barierę przed snobizmem, pychą i arogancją. Utrwaliło ono też odczucie, że do dzisiaj jestem dumny z tego, że pochodzę z gospodarskiego, prowincjonalnego domu i że ten dom wpoił mi silne, naturalne przywiązanie do ziemi.

Kto zna Śląsk, zna również te małe czy duże 300 czy 400 morgowe majątki, jak też dziedziczne przywiązanie do tych żyznych, pszeniczno -buraczanych śląskich gleb. Te stare, zasiedziałe domy były typowe w Śląskim krajobrazie między Odrą a górami. Młodsi synowie z tych gospodarstw i domów wychodzili do miast, jako prawnicy, lekarze czy teolodzy. I my stamtąd przybyliśmy tutaj.

Najstarszym dokumentem w archiwum państwowym we Wrocławiu, dotyczącym moich przodków, był akt kupna cztero włókowego (włóka = 16 hektarów) gospodarstwa w Mellenau. Kupił je Mathias Beninde dla swoich dzieci w 1658 roku. Wszystkie dokumenty z wcześniejszymi zapisami spaliły się.

Wojny husyckie i wojna trzydziestoletnia nie spustoszyły żadnego kraju tak jak Śląska, bo był żyzny i bogaty i dlatego przyciągał najemne wojska. Wodzowie w tych wojnach trzymali się zasady:- „wojna musi wyżywić wojną!"…

 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: BWin badania genetyczne