NAJI GOCHE - regionalny magazyn społeczno-kulturalny

Kociewiacy i Kaszubi w Nowej Zelandii

[NG: 41]   Autor: Stanisław Frymark - Leśno (liczba artykułów: 1)
Minessota z okna samolotu.

Minessota z okna samolotu.




Paul Klimek

Paul Klimek


Autor

Autor




Polski pomnik w Inglewood.

Polski pomnik w Inglewood.



Moją podróż do Nowej Zelandii rozpocząłem 29 grudnia 2008 r. Janusz odwiózł na lotnisko w Gdańsku mnie i Blanche Krbechek, która tego dnia razem ze mną wracała do domu w Minneapolis w Minnesocie (USA). Z Leśna wyjechaliśmy o 6.30. Już za Wierzycą zaczęła robić się mgła. Na lotnisku odprawiono nas do odlotu do Warszawy, ale po kolei wszystkie loty odwoływano. W końcu już nie było szans, by tego dnia uzyskać połączenia do Chicago, skąd dalej mieliśmy lecieć do Minneapolis. W południe mgła zaczęła ustępować a samolot, który przyleciał do Gdańska z Frankfurtu, zabrał nas do Warszawy. W Warszawie okazało się, że leciał z nami premier Tusk. Musiał się bardzo spóźnić tego dnia do pracy jeśli jemu mgła też uniemożliwiła poranny wylot.

Tam otrzymaliśmy od LOT-u hotel z wyżywieniem, by następnego dnia kontynuować lot. W hotelu wykorzystaliśmy wolny czas tłumacząc Walka na jarmarku Derdowskiego na angielski. Następnego dnia Boeing o nazwie „Gdańsk” zabrał nas do Chicago, gdzie już tradycyjnie służby graniczne zabrały mnie na extra przesłuchanie i - jak zwykle - zezwalając na wjazd same sobie się dziwiły, czemu mnie na to wezwano. Bilet do Nowej Zelandii otrzymałem 5-tego stycznia wykorzystując jednostki z LOT-owskiego programu lojalnościowego. Jego telefoniczna rezerwacja w USA trwała ponad godzinę i dopiero czwarta z kolei osoba, do której dzwoniłem, była na tyle wykwalifikowana, by ten bilet mi zarezerwować wzdychając przy tym: „Co za rezerwacja!” i co chwila mówiąc: „Proszę poczekać, muszę się skonsultować z moim doradcą.”

23 lutego 2009 r. był w Minneapolis mroźnym porankiem. Blanche zawiozła mnie na lotnisko, gdzie miałem samolot do Denver, Colorado. W Denver przesiadka na samolot do Los Angeles, a w Los Angeles Boeing 747 M 400 - dwupokładowy samolot Air New Zealand - zabrał mnie w 12-godzinny lot do Auckland. Tam wylądowaliśmy o 5-tej rano 25 lutego. W ten sposób 24 luty „wyleciał” z mojego życiorysu.

Po wyjściu z terminalu uderzył mnie zapach lata i odgłosy jakichś pewnie koników polnych. Przeszedłem na terminal krajowy, gdzie tuż po wschodzie słońca miałem samolot do Dunedin na Wyspie Południowej. W Dunedin już przy lądowaniu można było zobaczyć wszechobecne na każdym wzniesieniu owce. Wyhodowano tam rasę z niezwykle cienką wełną, doskonałą do produkcji dywanów, które mają być w Nowej Zelandii najlepsze na świecie. Wełna ta jest też używana do produkcji bardzo wygodnej bielizny, podobno szczególnie przydatnej, gdy na przykład długo się wędruje.

Na lotnisku czekał na mnie Paul Klemick (Klimek). Jego przodkowie przybyli z okolic Tczewa. Prawdopodobnie rodzinna siedziba Klimków była w parafii Kościelna Jania. Paul opracował bardzo szczegółowo kociewskie miejscowości, z jakich pochodzili emigranci, oraz genealogię. Planuje jeszcze w tym roku opublikować obszerną pracę na ten temat.

Jeszcze tego samego dnia odwiedziliśmy farmę rodziny Baumgard/Bongard. Przodkowie tej rodziny wyemigrowali z Kaszub z parafii Parchowo, gdzie mieszkali we wsi Gołczewo. W domu plata (kuchenka na ogień), która właśnie ogrzewała pomieszczenia. W Nowej Zelandii domy nie mają centralnego ogrzewania. W razie chłodnych dni dogrzewa się je elektrycznie lub kominkiem. Trzeba też dodać, że w Nowej Zelandii wszyscy mieszkają w domach. Bloki buduje się jedynie na hotele lub inne budynki użyteczności publicznej.

Jeszcze 1000 lat temu na nowozelandzkich wyspach nie mieszkał ani jeden człowiek. Dopiero wtedy zaczęły napływać tu maoryskie ludy z Oceanii i zaludniać wyspy. Maorysi byli ludożercami, ale Europejczycy im nie smakowali - podobno byli zbyt słoni. W 1642 r. holenderski żeglarz Abel Tasman jako pierwszy Europejczyk dotarł na wyspy i nazwał je „Staaten Landt”. Nazwa „Nowa Zelandia” pojawiła się w 1665 roku i pochodzi od nazwy holenderskiej prowincji Zeeland.

Historia Polaków w Nowej Zelandii nieoczekiwanie zaczyna się już w l. 1772-75, podczas drugiej podróży kapitana Cooka. Podróżowali z nim dwaj biolodzy Jan Rajnold Forster i jego syn Jan Jerzy. Obaj oficjalnie posiadali obywatelstwo polskie. Klasyfikowali i opisywali roślinność Nowej Zelandii. Forsterowie pochodzili ze Szkocji i w 1642 r. wyemigrowali do Polski, znajdując swój nowy dom w Tczewie. Obaj badacze byli potomkami tych emigrantów - Jan Rajnold ur. w 1726 r., a jego syn 26 listopada 1754 r. w Tczewie. Niestety władze brytyjskie nie zezwoliły na publikację materiałów zebranych podczas ich ekspedycji, ponieważ chciano, by Cook opublikował najpierw swoje. Tak więc opuścili Anglię i wyjechali do Francji, gdzie Jan Jerzy rok przed Cookiem opublikował pracę A voyage round the world in H.M.S. „Resolution”...

Następnym Polakiem w Nowej Zelandii był wielki geograf i odkrywca Sir Paweł Edmund De Strzelecki. Wiadomo, że 25 kwietnia 1839 r. przypłynął do Sydney z Nowej Zelandii.

W książce Ultima Thule..., wydanej w 1854 r. w Londynie przez Thomasa Cholmondeleya, czytamy, że młody polski żeglarz osiadł ok. 1850 r. w Nowej Zelandii na stałe, żeniąc się z miejscową dziewczyną. Niestety nie wspomina się jego imienia. To pierwszy udokumentowany tu przypadek stałego osadnictwa obywatela Polski. Następnie Samuel Edward Shrimski, ur. w 1830 r. w Poznaniu, osiadł w Nowej Zelandii w 1861 r. i zrobił tu karierę polityczną. Historia lat 60-tych XIX w. wymienia też Gustawa Ferdynanda von Tempsky’ego, natomiast 4 czerwca 1863 r. do Dunedin przybył Alojzy Konstanty Drucki-Lubecki z żoną i przyjacielem Teofilem Dembickim.

Potem jeszcze paru geografów odwiedziło Nową Zelandię, zanim 30 sierpnia 1872 r. przybył do Lyttelton statek „Friedeburg”. Wypłynął on z Hamburga 19 maja 1872 r. Na liście osób widnieją nazwiska: Archikowska, Borkowski, Borcinski, Burchard, Burysek, Cierczicka, Felski, Gierszewski, Grochowski, Groskowski, Jablonski, Jakochowski, Jaroszewski, Kaczorowska, Kaminska, Kotlowski, Kurek, Lisiecka, Piekarski, Rader, Schielke, Szutkowski, Szymanski, Tuszynska, Wischniwski, Wischonowski, Woszewiak, Warczynska, Wattembach, Zdonek i Zulkowski. A na liście statku „Palmerston”, który przybył do tej „najdalszej ziemi” w grudniu 1872 r., widnieją nazwiska: Baumgardt, Bischewski, Bucholz, Dysarski, Gdaniec, Gurzinski, Halba, Hoffman, Jankowski, Konkiel, Kowalewski, Michalski, Orlowski, Osten, Pedowski, Plewa, Reikowski, Rogacki, Rydczewski, Szymanski, Teike, Walinska, Welnoski i Wroblewski. Tu już widać silny kaszubski i kociewski charakter emigrantów. Te dwa statki były początkiem długofalowej emigracji, która z różną siłą trwa do dziś.

Dzisiaj głównym ośrodkiem Polonii jest Auckland (W. Płn.). Dawniej było to miasto Dunedin (W. Płd.), gdzie gorączka złota w XIX wieku zostawiła najpiękniejszą architekturę w całej Nowej Zelandii, oraz Christchurch (W. Płd.), gdzie podobno maoryskie przekleństwo rzucone na to miejsce - po tym, jak Maorysom je zabrano - do dzisiejszego dnia nie przynosi miastu zbytniego szczęścia.

Bardzo aktywną działalność potomków pierwszych emigrantów z Pomorza wykazuje małe miasteczko Inglewood w prowincji Taranaki na Wyspie Północnej. Poza uniwersytetem w Dunedin również tam w sali parafialnej mówiłem i odpowiadałem na pytania na temat Kaszub i nie tylko. Frekwencja bardzo dopisała i sami organizatorzy byli nią zaskoczeni. Była to też prezentacja angielskiej wersji książki Życia i przygód Remusa, która wzbudziła wielkie zainteresowanie.

Na Wyspę Północną leciałem przez stolicę, Wellington, leżące nad Cieśniną Cooka, oddzielającą obie wyspy. Potem, podziwiając wulkan Taranaki (Mount Egmont, 2518 m), wylądowałem w New Plymouth, gdzie spotkał mnie Ray Wattembach. Jego przodkowie pochodzili z Brus. Jest on liderem tamtejszej społeczności polonijnej, a i maoryskiej, w której języku też potrafi się porozumiewać.

Ray uświadomił mi, jakim rajem dla ogrodników może być Nowa Zelandia. Mrozy zimą tu prawie nie występują. Sosny mają przyrost do czterech razy w roku i po 25 latach nadają się do ścinki. W cieniu wulkanu Taranaki znajduje się 250-hektarowy ogród rododendronowy, gdzie można spotkać okazy o wielkich rozmiarach, zupełnie niewyobrażalnych w naszym klimacie. Szczególnie utrwaliły mi się w pamięci paprocie o liściach długości paru metrów i wysokości do 10 m.

Pomimo tego, że krajobraz na miedzach przeplata cała plejada najróżniejszych ciekawych drzew i krzewów oraz kwiatów, to jednak trudno szukać różnorodności w produkcji rolniczej. Wszystkie pola lub góry są łąkami, gdzie pasą się owce, rzadziej krowy. Czasami tu i ówdzie winnica. Dominuje glina, która się wytworzyła z powulkanicznych popiołów.

Wulkan Taranaki i cały obszar dookoła to park narodowy. Moją wspinaczkę tam (zygzaczkami) zaczynałem wśród subtropikalnych lasów, potem ich miejsce zajęła roślinność krzaczasta, dalej trawy i mchy, następnie sypka skała wulkaniczna i popioły. Tuż przed wejściem do krateru, w którym na wysokości około 2350 m znajduje się lodowiec, padający deszcz zaczął mrozić i był to najwyższy czas, by zawrócić.

Z New Plymouth wracałem w piątek 13-tego samolotem do Auckland. W Auckland w samolocie usiadła obok mnie miła dziewczyna z Kujaw. Mówiła, że podczas swojego 7-tygodniowego pobytu w Nowej Zelandii spotkała bardzo dużo Polaków, a nawet całą grupę 17 osób. Potem nastała noc, a rano nad Pacyfikiem, tuż przed lądowaniem w San Francisco, znów był piątek 13-tego. Potem jeszcze lot do Denver, gdzie przesiadłem się na samolot do Minneapolis.

W Winonie w Minnesocie mieliśmy w polskim muzeum również prezentację angielskiej wersji Remusa, tym razem jednak tłumaczki Blanche Krbechek i Katarzyna Gawlik-Luiken ją prowadziły, a ja serwowałem zrobiony przeze mnie bigos!

Potem lot z Minneapolis do Chicago, a dalej LOT-em do Warszawy i Gdańska - już bez premiera.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. A w ogóle na Kaszubach!

 


NAJI GOCHE | e-mail:
Polecamy: Opisy do gadu-gadu L-karnityna Olimp