Absolwenci- maturzyści liceum bytowskiego w roku 1950.oraz części ówczesnego grona pedagogicznego.
Siedzą od lewej nauczyciele: inż. Jerzy Emchowicz- matematyka, fizyka; mgr Regina Opowiczowa geografia, biologia; dyrektor mgr Zygmunt Fiedorowicz, Język polski, propedeutyka filozofii; Źukowska- Turkiewiczowa język francuski; ?…nauczyciel śpiewu; Nina Ertel -łacina i historia. Turkiewicz.
Maturzyści - stoją od lewej: Maria Werykówna, Jerzy Marczewski, Jadwiga Berkówna, Stanisława Kupnicka, Józef Zdzisław Konnak (autor niniejszych wspomnień), Zofia Mellonówna, Zygmunt Bobrowicz, Alodia Zubowiczówna, Józef Wojnicki, Leokadia Szutowiczówna, Eligiusz Jankowski, Barbara Wojsówna.
Na 60-lecie Liceum Ogólnokształcącego w Bytowie
Wspomnienie lat 1946-50, w których miałem zaszczyt być uczniem Gimnazjum i Liceum w Bytowie, wywołuje pewne zaszklenie oczu. Nie tylko ja, ale cała moja rodzina zawdzięcza tej szkole wyjątkowo dużo. Absolwentami bytowskiego liceum są bowiem również dwie moje siostry oraz piątka kuzynek i kuzynów, nie licząc pewnie wielu nieco dalszych krewnych, Styp Rekowskich czy Żmuda Trzebiatowskich i innych zasiedlających od wieków przepiękną ziemię bytowską i sąsiadujące z nią powiaty. Wszyscy z wymienionej przeze mnie ósemki ukończyli później studia wyższe.
W gimnazjum bytowskim ulokowała mnie mama w III klasie, kiedy w 1946 r. zabrakło dla mnie i mojej starszej siostry miejsca w Toruniu, w domu dziecka dla sierot po nauczycielach zamordowanych w 1939 r. na Pomorzu. Dom dziecka zapełniły bowiem pełne sieroty z Kresów Wschodnich. Dwie klasy gimnazjum ukończyłem wcześniej w Chojnicach i Toruniu. Do Bytowa przeniosłem się z renomowanego gimnazjum im. Kopernika w Toruniu.
Byłem w Bytowie miernym uczniem. Świadectwo maturalne otrzymałem z przewaga ocen dostatecznych. Świadom więc swojej ograniczonej wiedzy, na egzaminie na studia usiadłem obok absolwenta słynnego „Kopernika” - z nadzieją, że uda mi się od niego coś ściągnąć. Było odwrotnie - to on musiał ściągać. Egzamin zdałem bez problemów. Mówię o tym, aby podkreślić i dać dowód, że poziom nauczania w bytowskim liceum już od pierwszych lat powojennych był bardzo wysoki. Również roczniki, które wcześniej uzyskały świadectwa maturalne, miały licznych studentów w szkołach wyższych w Poznaniu, Gdańsku i Szczecinie.
Wysoki poziom tego liceum był zasługą ówczesnego dyrektora magistra Zygmunta Fiedorowicza. Na szczególny szacunek zasługuje również jego opiekuńcze podejście do uczniów. Bez Jego pomocy i zaangażowania wielu z nas mieszkających poza Bytowem miałoby - w powojennych warunkach - tylko znikome szansę na uzyskanie świadectwa dojrzałości i dalsze studia.
Na internat dla nas dyrektor wydzielił jedną z klas, w której na piętrowych łóżkach gnieździło się - trudno już teraz wyliczyć dokładnie ilu takich jak ja sztubaków. Przez kilka miesięcy naszym i moim jedynym ciepłym pożywieniem była kasza, którą staraniem dyrektora dokarmiano nas podczas dużej przerwy.
Jestem przekonany, że tylko dzięki szczególnej opiece dyrektora Fiedorowicza zostałem do matury dopuszczony i przepchnięty na egzaminie. Sądzę, że szczególną opiekę ze strony dyrektora zawdzięczałem temu, że ten wilnianin chciał wyrównać szansę jedynego Kaszuby, jakim byłem w klasie maturalnej. Na tle mówiących piękną i bogatą polszczyzną wilnian i nowogródczan, język nas - autochtonów - był niezwykle ubogi. Byliśmy bowiem przez okupację pozbawieni nieomal całego programu nauczania szkoły podstawowej - powszechnej, jak się wtedy mówiło. Dyrektor Fiedorowicz to dostrzegł. Był zdziwiony, a nawet mocno zawiedziony, że nie podjąłem się przeczytania w oryginale „Rękawiczki” Fryderyka Schillera. Sądził, że jako autochton powinienem był znać na tyle język niemiecki, a ja zetknąłem się z tym językiem tylko przez osłuchanie, a nie w szkole.
O szczególnej opiece ze strony dyrektora w czasie całego okresu pobytu w szkole i doprowadzeniu do matury, wspomina również nowogródczanin Zygmunt Bobrowicz, który dojeżdżał do szkoły codziennie z Sierzna. Razem udało nam się zostać po maturze studentami wydziału leśnego Uniwersytetu Poznańskiego i ukończyć studia w 1954 roku. Szczególnie życzliwy stosunek dyrektora do wszystkich uczniów potwierdza również Stanisław Szroeder z Kłączna, który przed wojną szukał polskiej szkoły za dwoma granicami, bo aż w Kwidzynie.
Aby nie przedłużać, pominę szereg znanych mi jego skutecznych działań w obronie uczniów przed Urzędem Bezpieczeństwa.
W tych trudnych ekonomicznie, a zwłaszcza politycznie czasach, ten niezwykle - nie tylko w moim odczuciu - zasłużony polonista wskazywał nam potrzebę działań pozytywistycznych.
Do kształtowania naszych charakterów wykorzystywał każdą okazję, a szczególnie inicjowane przez niego wrześniowe popołudniowe spotkania nad jeziorem Giling, które z jego udziałem zamieniały się w niezwykle atrakcyjne seminaria. Cytował nam swojego ulubionego poetę - żyjącego wtedy jeszcze - Leopolda Staffa, a zwłaszcza jego wiersze wzywające do działań pozytywistycznych.
Moje świadectwo maturalne nie ma imponujących ocen. Wiem jednak, że gimnazjum bytowskie, a przede wszystkim jego dyrektor mgr Zygmunt Fiedorowicz, dali mi dobre podstawy do startu w dorosłe życie.
Kiedy po wielu latach, w drodze do Niemiec gościłem u nadleśniczego w Rzepinie, mojego kolegi gimnazjalnego Zygmunta Bobrowicza, również on cytował z pamięci to, co nam wkładał do głów nasz dyrektor. A kiedy mówiłem o swoich potknięciach i kłodach, przez które musiałem przeskakiwać, aby utrzymać się na powierzchni, powiedział: „A ta ty już nie pamiętasz co tobie Fiedorowicz gadał, hę? Ta sobie przypomnij.” (Później co prawda zaprzeczył jakoby kiedykolwiek mówił takim akcentem kresowym, ale ja to tak zapamiętałem.) Sięgnął wtedy do biblioteczki, wyciągnął zbiorek poezji Staffa i przeczytał:
Odys
Niech cię nie niepokoją Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste,
Lecz i manowce są wszędy.
O to chodzi jedynie
By naprzód wciąż iść śmiało
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.
Zostanie kamień z napisem
Tu leży taki a taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swojej Itaki.
Mój zacny kolega powracał też kilkakrotnie do „rubasznego czerepu", przed którym przestrzegał nasz prześwietny bytowski polonista. Wyzwolenie - spod tego czerepu - mojego życia i ambicji zawodowych nadeszło niestety o 20 lat za późno.
Ambicje - chyba nie tylko pedagogiczne - Zygmunta Fiedorowicza, dyrektora gimnazjum bytowskiego w l. 1945-51, w początkach strasznej ówczesnej rzeczywistości, a szczególnie jego życzliwy stosunek do nas Kaszubów, wspominamy po latach z wdzięcznością. Jego poglądy i postawę życiową najlepiej i bez żadnej przenośni przedstawia myśl zawarta w kolejnym wierszu jego ulubionego Leopolda Staffa, który z nami omawiał.
Droga
Umierali umierają i umierać będą,
Jak żyć będą i żyją, i żyli.
Długą rosną i ścielą się grzędą
Groby tych, co się pracą trudzili
A potężny to szlak pełen siły,
Zagon krwią napojony obfitą.
Na te groby, na te żyzne mogiły
Siejmy żyto, siejmy żyto, siejmy żyto.
Pamiętam do dzisiaj ten wiersz i atmosferę, w jakiej mój niezapomniany dyrektor mgr Zygmunt Fiedorowicz nam go nie tylko cytował, ale i uzupełniał własnym szerokim komentarzem i życiowymi wskazówkami. Wymowa tego wiersza była oczywiste i jednoznaczna. Poczucie konieczności „siania żyta” w każdej, nawet najbardziej niekorzystnej sytuacji, zaszczepiona przez dyrektora Fiedorowicza, pozostała mi jak sądzę do dzisiaj.
Z takim przesłaniem i głębokim przeświadczeniem, że wskazania mojego zacnego nauczyciela będę chciał i umiał w życiu realizować, opuszczałem w 1950 r. urocze miasteczko Bytów.
Zygmunt Fiedorowicz został wkrótce odwołany ze stanowiska dyrektora szkoły i odsunięty od szkolnictwa, które było jego powołaniem. Prawdopodobnie dlatego, że jako jeden z najdostojniejszych obywateli tego miasta prowadził pod rękę proboszcza celebrującego procesję Bożego Ciała. Odebranie mu możliwości pracy z młodzieżą i usunięcie ze szkolnictwa, które było jego powołaniem, opłacił śmiertelnym zawałem.
Te krótkie refleksje upoważniają mnie jak sądzę do postawienia wniosku o ufundowanie ze składek absolwentów tablicy pamiątkowej i jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, widziałbym za zasadne rozważenie sprawy nadania szkole imienia jej organizatora mgr Zygmunta Fiedorowicza, absolwenta wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego, wybitnego patrioty i nauczyciela, pierwszego dyrektora polskiej szkoły średniej na ziemi utraconej w połowie XVII wieku.