| | Rozmowa z Lechem Bądkowskim red. Krzysztofa Krzywickiego opublikowana w Faktach nr 9 w z 28 lutego 1982 r. (cd) A może Pańska decyzja była po prostu buntem: buntem, który zyskał niejako instytucjonalne szansę? Jeśli tak, to, w jakiej mierze sprzeciwiał się Pan temu, co krępowało i paraliżowało wręcz życie literackie i literaturę w Polsce? Czy uznał Pan za swoją społeczną powinność walkę o godziwe warunki funkcjonowania literatury, czy też w ogóle Pan o tych sprawach nie myślał idąc do Stoczni, a zwłaszcza w samej Stoczni, tylko miał Pan a uwadze konkretną sytuację i bardzo konkretne obowiązki i czynności. Panie Krzysztofie, Pan ciągnie do literatury, ja od literatury. Gdybym miał, wespół z ogółem obywateli, udział w rządzeniu naszym państwem, gdybym,' przykładowo, wybierał posła i mógł skutecznie wymagać od niego zdania sprawy jaki użytek robi z reprezentowania mnie, to bym się nie martwił o „godziwe warunki funkcjonowania literatury". One by się dostatecznie wygodnie mieściły w moim prawie demokratycznego i odpowiedzialnego współrządzenia państwem. W moim prawie, Pana, jego, jej, ich, naszym N4c nie myślałem idąc do Stoczni Gdańskiej, nie miałem żadnego scenariusza, mówiłem już, prócz determinacji spełnienia obowiązku, jak go pojmowałem najlepiej. W Stoczni już było inaczej. Tam natychmiast wciągnęły mnie konkrety. Od razu, na wniosek Wałęsy, zostałem przez plenum wybrany do prezydium, jako ostatni w czasie strajku a jedyny inteligent humanistyczny w jego 19 osób liczącym składzie. Wpierw musiałem się połapać w sprawach będących w toku prowadzenia i zwłaszcza w ludziach, gdyż spośród setek członków plenum oraz grupy o&ób wspomagających znałem ledwo kilkanaście, jak Aleksander Hali, Bogdan Borusewicz, Arkadiusz Rybicki (obecny rzecznik prasowy gdańskiego MKZ), Alina Pieńkowska, Anna Walentynowicz; znalem też Wałęsę, lecz tylko z widzenia, m. in. z sali sądowej. Dzień później obarczono mnie obowiązkami rzecznika prasowego Prezydium MKS, zwalił mi się na głowę tłum dziennikarzy, wpierw tylko zagranicznych, już wkrótce także krajowych, magnetofony, kamery, wywiady, komunikaty, konferencje prasowe, diabli wiedzą co. I jeszcze dzień później trzecie zadanie - parlamentariusza do nawiązania rokowań: zakres, miejsce, czas. Parlamentariuszem ze strony komisji rządowej był wojewoda gdański, prof. Jerzy Kołodziejski. Znaliśmy się od dość dawna, miałem dla niego poważanie, sądzę, że on dla mnie też, ułatwiło to nam kontakt bezpośredni, z początku sztywny. Lekcja skromności dla 'władzy była rozpaczliwie potrzebna, wie Pan o tym, wszyscy doskonale wiemy, ale należało zapewnić warunki osobistego poszanowania. No i zaraz później udział w rokowaniach właściwych, przy czym na sesji plenarnej Komisji Rządowej i Prezydium MKS - a przez głośniki słuchały nas tysiące ludzi i. jak się okazało, rzecz nakręcono, fragmenty są w „Robotnikach '80", słuchała nas, śledziła "Polska i nie tylko - więc na tej sesji referowałem punkt dotyczący ograniczenia cenzury, dostępu do publikatorów, swobód obywatelskich w zakresie słowa, poglądów, wierzeń. Cały ten czas nie przestawałem, rzecz jasna, być członkiem Prezydium i rzecznikiem prasowym. W rzecznictwie pomagała mi grupa młodych literatów. Z dziennikarzami mieliśmy stosunki, jak ja je oceniam, bardzo dpbve. Nie miałem czasu słuchać radia ani czytać prasy, (o która zresztą było bardzo trudno), więc pomagali mi dziennikarze w formie briefingów, Polacy i cudzoziemcy, z tych ostatnich najbardziej aktywni z A P, Reutera, BBC. Mogłem polegać na ich skrótach, zwięzłych a tematycznie rozległych. Przecież taka była sytuacja, że trzeba było wiedzieć o wszystkim, co się dzieje naokoło. Sypiałem po 3, 4 godziny rekord - godzina i kwadrans. Kawa i papierosy. W „Kulturze" napisano, że ja, literat tematu, historycznego (!) robiłem wrażenie zagubionego w tym gąszczu spraw bieżących, jakoś tak. Może robiłem, ale chwilami najpewniej spałem z otwartymi oczami mówiąc coś konwencjonalnego i uśmiechając się, budziłem się jednak na-tychmiast (mam nadzieje), gdy sytuacja tego wymagała. Trzeba powiedzieć, że tzw, udział W życiu społecznym był od dawna uświęconym hasłem wywoławczym, które jak wszelkie frazesy właściwie już nic nie znaczyło lub było wykorzystywane przez różnych sprytnych przedsiębiorców literackich... ... zawsze zgodnych z aktualną linią, Chciałbym zapytać czy zdaje Pan sobie sprawę, że przywrócił Pan sens temu hasłu, pokazał Pan na własnym przykładzie, co znaczy rzeczywisty udział, jakie są jego warunki i koszty, że pisarz nie jest, a przynajmniej nie musi być osobą zdezorientowaną i bezsilną... Dobrze usłyszeć" takie słowa, dziękuję Panu. Udział w życiu społecznym, to moja codzienność. Pisarz na pewno nie musi być osobą zdezorientowaną i bezsilną. To przede wszystkim zależy od niego. Ujawnił Pan więc fałsz dworskiego rytuału. Pokazał Pan, co to znaczy naprawdę wejść w kontakt z robotnikami, być uczestnikiem historii. Co Pan o tym myśli teraz i w jakiej mierze z tych poglądów, zobowiązań wynika Pańska współpraca z „Solidarnością"? Co czuje Pan jako pisarz, który jako jeden z pierwszych odmówił udziału w komedii pozorów i pokazał, że polski autor może zachować się godnie l nie musi być biernym świadkiem wydarzeń? Nie jest chyba dla Pana jednoznaczne: „wejść w kontakt z robotnikami" i „być uczestnikiem historii". Otrząśnijmy się nareszcie z tego nieznośnego mitologizowania robotników. Kto wygrywa bitwy i wojny: generał czy żołnierz? Otóż i jeden i drugi, obie strony są niezbędnymi składnikami powodzenia. Mówię tu figuratywnie o inteligencji i tzw. klasie robotniczej, przy czym... Mówiłem o tym na zjeździe literatów w ' grudniu '80. Co to są dziś polscy robotnicy? Fachowcy wysokiej klasy, technicy, inżynierowie, nierzadko o humanistycznych zainteresowaniach. Ci w każdym razie stanowią o aktywności tzw. klasy robotniczej, nie robotnicy „placowi". Nawiasem mówiąc ci fachowcy wysokiej klasy zarabiają lepiej niż Pan czy ja, niż większość z nas, często znacznie więcej. Przede wszystkim „wchodząc w kontakt" nie wolno mieć najmniejszego kompleksu. Czego? Niższości? Słabości? Ja w każdym razie nie mam. Sądzę, że pomocną mi w tym była moja młodość. Pochodzę z domu inteligenckiego, który powiązań rodzinnych z „klasą robotniczą" nie miał żadnych; raczej z ziemią. Tak samo jak Pan. Ale moja męska młodość przypadła na wojnę,, byłem oficerem frontowym. Kiedy kilka miesięcy pracowałem w sztabie admiralicji polskiej w bombardowanym Londynie, to po to aby powiększyć kwalifikacje oficera do specjalnych poruczeń w pierwszej linii walki. Kim byli moi żołnierze z cywila? Robotnikami, chłopami, rzemieślnikami, zdarzał się i tak zwany wówczas cenzusowiec. Nie brakowało łobuzów, rozrabiaczy, nawet kryminalistów. Czy dowodząc tymi ludźmi, prowadząc ich... no tak, na śmierć, bez przenośni, wielu z nich zginęło, więc dowodząc nimi mogłem mieć jakiś kompleks? Śmieszne. Jedliśmy, bywało, z jednej menażki, albo nie jedliśmy z powodu przejściowych braków", przy czym moim obowiązkiem było przede wszystkim im zapewnić jedzenie i jakieś spanie, sobie na końcu. Dowódca pierwszy wstaje, ostatni idzie spać, do kotła też ostatni. Tak mnie uczono w brodnickiej podchorążówce piechoty w latach 1938-1939. Oczywiście, nie ma tu ścisłej analogii, proszę pamiętać. Ale coś z tego' jest. Kompleks, że się jest inteligentem? Śmieszne. Wśród strajkujących robotników w roboczych bluzach chodziłem zawsze w garniturze z możliwie czystą koszulą, w krawacie ze spinka, ogolony. W świecie anglosaskim jest termin i pojecie „białych kołnierzyków". No i w porządku. W każdym środowisku społecznym są mądrzy, głupi, średni, interesowni, bezinteresowni i znów średni i tak dalej. Bluza robocza czy garnitur o niczym tu nie decydują. Podporządkowałem się •władzom strajkowym nie rozróżniając, kto w nich jest autentycznym robotnikiem, a kto inteligentem. O wiele bardziej mnie interesowało (tak już wtedy), kto z nich dzięki cechom charakteru i umysłu może naprawdę pełnić rolę przywódczą, a kto raczej nie, z pewnością nie lub niech Bóg uchowa. Czy przewiduje Pan literacki zapis owych zdarzeń i owej sytuacji, choć nie wątpię, że pośrednio nie można się już będzie wyrzec tych doświadczeń? W czasie strajku robiłem gorączkowe zapiski, na ile zdołałem je wcisnąć w przedstawione pokrótce zajęcia. Moje calendarium za czas od 14 sierpnia do l września ma się ukazać w pierwszym tegorocznym numerze kwartalnika „Zapis". D literackim wykorzystaniu obserwacji i doświadczeń dotąd nie myślałem i nie myślę oraz nie zamierzam myśleć, ale, rzecz pewna, mogą one się wedrzeć bez pukania w rozkład pracy pisarskiej. Poza tym właśnie pośrednio, no i publicystyka. Co dalej? Co zmieniło się w Panu od czasu, gdy wyszedł Pan ze Stoczni? Właśnie: co dalej? Pytanie za grubą forsę. Ale Pan zapewne nie wymaga ode mnie wielkich oświadczeń i wielkich prognoz. Nie przejąłem tego od Wałęsy. Wzmiankowałem o naszym pisemku „Samorządność" drukowanym na łamach „Dziennika Bałtyckiego". Otóż w pierwszym odcinku „Samorządności", który - po przełamaniu oporów - ukazał się 24 września ubr., napisałem dokładnie tak: Jeżeli wszczęcie strajku i skuteczne prowadzenie go do końca było przedsięwzięciem wielostronnie trudnym i ryzykownym, to podjęcie pracy konstruktywnej w ozdrawianiu społeczeństwa i państwa jest zadaniem jeszcze trudniejszym i znacznie bardziej złożonym; spaja się z nim wzmożona odpowiedzialność". Proszą te słowa rozważyć dziś, w przeszło cztery miesiące po ich napisaniu, a napisane zostały ledwo trzy tygodnie po Wielkim Strajku na Pomorzu. W tym samym artykule napisałem także, że nowe związki powstają „jako wypadkowa sił". I dale>: „Tworzą je i nadają irn oblicze ludzie, którzy w przeważającej większości nie mieli możliwości czerpania wzorów z tradycji i doświadczeń własnych lub cudzych Muszą się uczyć niemal wszystkiego, i to w biegu, łącznie ze sztuką przemyślanego wpływania na los społeczeństwa". Pisałem również o „stanie skłębienia", w jakim się znajdują. Do tematu wracałem później wielokrotnie, mówiąc m. in. o ludziach przypadkowych, którzy dostali się do „Solidarności", musieli się dostać, to zrozumiałe, na żywiołowej olbrzymiej fali musieli wejść także ludzie nie pożądani. Czy w PZPR, po kilkudziesięciu latach, nie ma i dziś ludzi przypadkowych I niepożądanych?... Inna sprawa, że wielu szkolnych błędów nie należało, nie wolno było popełniać. Sądzę, że wynikały one z kombinacji nieprzygotowania, raptownego przeskoku w diametralnie inny status, pewności siebie, rozmiarów i ciężaru problemów. Wszystko to także zrozumiałe. Ale stanowczo jestem zdania, że o tym trzeba mówić. I nie zasłaniać się nienawistnym mi słownictwem, przejętym żywcem, że „na tym etapie" o tym mówić nie należy. W ciągu pięciu miesięcy zyskaliśmy zbyt wiele, aby ryzykować utratę tych zdobyczy. Więc w ciągu pięciu miesięcy od mojego „wyjścia ze stoczni" staram się „korygować ogień" (to termin artyleryjski), przenosić go z celów mniej istotnych albo i, według mnie, źle wybranych, na cele, znów według mnie, najważniejsze i, oczywiście, osiągalne. Trochę to zbyt literackie, wiem, za mało jasne, wiem, ale „na tym etapie" Czy z tej perspektywy nie należałoby Inaczej mówić o powinnościach i sytuacji naszej literatury, życiu związkowym? Został Pan członkiem Zarządu Głównego ZLP. Literatura, prawdziwa literatura ma inny oddech, długi. Już ona sobie poradzi ze swymi powinnościami. Mam do niej zaufanie, myślę, zresztą, że literatura polska sprawdziła się jako czynnik życia społeczeństwa zupełnie dobrze. Czas dokonuje w niej selekcji i odrzuca lichotę. Jeśli chodzi o nasz związek, ZLP, to istotnie stoją przed nim również zadania doraźne. Mam tu na myśli przede wszystkim problem ustosunkowywania się do ważnych zagadnień, które społeczeństwo musi rozwiązywać, często, za często w trybie nagłym: Jest tradycją pisarstwa polskiego, uwarunkowaną historią ostatnich paruset lat, że starowi czynnik nie tylko artystyczny, lecz także, krótko mówiąc, polityczny. Nie wiem, na ile ten drugi szkodzi temu pierwszemu, może zresztą nie szkodzi, może jakieś szkody nagradza innymi zyskami, ale jest naszemu społeczeństwu niezbędny, tak uważam. Należę do grona członków - założycieli Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, które w tym roku kończy 25 lat istnienia Poświęcałem mu i poświęcam dużo czasu. Bez wątpienia zmniejszyło ono ilość napisanych przeze mnie książek, może też, wskutek obciążenia czasu, zubożyło te, które napisałem, o jakieś kolory. Ale może napisane wzbogaciło o inne kolory, może per saldo zyskałem na tym? W każdym razie przyczyniło się ono w wielkim stopniu do mojej wiedzy o społeczeństwie naszym i ugruntowało moją samowiedzę oraz umocniło moje poczucie oparcia. Nawiasem mówiąc, mimo różnych nacisków i własnych odchyleń Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie zdołało utrzymać sw6j status samorządności (raz pełniejszej, raz o-graniczonej, zawsze z silną tendencją wewnętrzną do jej zabezpieczenia i teraz nie musi wywieszać szyldu „niezależne samorządne"). Myślę, że stoi przed nim duża przyszłość. Na koniec najkrócej: Związek Literatów Polskich powinien zostać statkiem spokoju na rozkołysanym morzu i tworzyć atmosferę czujnej pewności. Stara gdańska dewiza mówi: fluctuat nec mergitur - kołysze się, lecz nie tonie. Zajmując stanowisko ZLP powinien mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę - w słowach dobrze wyważonych. |
