| | Rodzinna pamiątka fragment Każdą książkę trzeba wytrzeć szmatką, a babcia pilnuje, żeby dokładnie. Właściwie to wszystko ja robię, a babcia tylko niektóre odkurza sama. Wyciąga wtedy z szufladki rzeźbione zakopiańskie pudełko i delikatnie wyciera szmatką małą czarną książeczkę. To książeczka do nabożeństwa ojca babci, czyli mojego pradziadka. Nie zostawił po sobie złotego sygnetu z herbem, choć podobno był szlachcicem. Tylko tę książeczkę. Babcia pozwala mi ją oglądać, ale za każdym razem mówi: - Tylko ostrożnie, uważaj, kartki z niej wylatują! Nie, nie ma w niej nic ciekawego. Ma wystrzępione brzegi i pożółkłe kartki. Na pierwszej stronie prawie nieczytelny odręczny napis: „1-szy Pułk strzelców 3-a Komp. Armii Polskiej we Francji" i na dole data: 1917r i podpis pradziadka. Potem śmieszny napis na stronie tytułowej: „Książeczka do nabożeństwa dla katolików obojga płci". Rok wydania 1911. Specjalnie nie interesuję się takimi starociami, ale to, co babcia powiedziała o swoim ojcu, jest nawet ciekawe. Otóż pradziadek uciekł z domu, a właściwie wprost ze szkoły, bo chciał zaznać przygód. Miał wtedy 16 lat. Był w Niemczech, Belgii i Holandii. Wszędzie trochę pracował, a potem ruszał dalej. Pracował przy uprawie hiacyntów i nawadnianiu pól. Ale to go widać nie zadawalało, bo ruszył do Francji i tam wstąpił do Armii Polskiej. Służył w oddziałach gen. Mączka, a potem gen. Hallera. Mało wiem o tych czasach, tyle, ile babcia mówiła. Pradziadek był w Lotaryngii, a potem walczył w Yogezach (to takie góry). Babcia mówiła, że walczył z Niemcami, że Niemcy stosowali wtedy gaz trujący „iperyt". Pradziadek uległ jakiemuś zatruciu gazem, ale wyzdrowiał i świętował wyzwolenie Paryża. Babcia jeszcze mówiła, że pradziadek miał we Francji jakiś wielki romans, jakąś „Żane"... - Czemu się nie ożenił? - spytałem babcię podczas odkurzania „Trylogii". - Cóż, pewnie uznał, że jeszcze nie czas na to. A może nie chciał zostać we Francji... W Warszawie czekała na niego matka. Dziwny ten pradziadek: uciekł ze szkoły, a wziął ze sobą tylko książeczkę do nabożeństwa. W ostatnie, przedwielkanocne porządki, tak miałem dość tego kurzu książkowego i ustawiania tomami (po I tomie koniecznie II, a nie III), że chciałem babci trochę dokuczyć: - Pradziadek uciekł ze szkoły, bo nie chciało mu się uczyć, pewnie miał same „lufy"... - powiedziałem, kiedy babcia z szacunkiem chowała w pudełko czarną książeczkę. - Wołał się włóczyć po świecie, był nieukiem - dodałem już całkiem niegrzecznie. Babcia podniosła głowę, popatrzyła na mnie jakoś specjalnie, a potem jeszcze raz sięgnęła po zakopiańskie pudełko i wyciągnęła szarobeżowy notes w twardej oprawie. - Wiesz, co to jest? - spytała podsuwając mi go pod nos. - To jest indeks, taki jaki mają studenci uniwersytetu. Twój pradziadek studiował we Lwowie i zrobił doktorat z filozofii To mnie zupełnie „zamurowało". Po tylu niezwykłych przygodach, po tylu latach wędrówki, żeby wrócić jakby nigdy nic do szkoły i uczyć się dalej?! I to wśród młodszych od siebie?! Ten człowiek miał charakter! Jestem dumny z mojego pradziadka, a małą czarną książeczkę do nabożeństwa - będę szanował, bo to nasza ważna rodzinna pamiątka. Baśń ekologiczna o Ustce i Bałtyku fragment Podwodny pałac króla Bałtyku był rzęsiście oświetlony. Odbywało się wielkie doroczne przyjęcie. Na bursztynowym tronie siedział dostojny władca, król Papruła II. Za tronem stały z wachlarzami z mewich piór, urodziwe księżniczki: Fląderka i Bursztynka. Płynęła dyskretna muzyka fal, a różowe i błękitne meduzy zwiewnie pląsały przed królewskim tronem, kołysząc przezroczystymi spódniczkami. Przez lustrzaną salę przesuwali się mieszańcy bałtyckich głębin, z akwenu usteckiego, spod Rowów i Jarosławca. Wielki Papruła ziewnął. - Jakoś tu nudno dzisiaj - powiedział do siebie i rozejrzał się po sali. W pobliżu tronu stała grupka najdostojniejszych: eleganckie trocie i dumne łososie - elita Bałtyku. Wiedziały, ile są warte i nigdy nie zadawały się z dorszami, ani innymi rybami. (...) Król sięgnął po nią i ostrożnie włożył do ust pierwszy kawałek. Była pyszna! Nie za słodka, nie za kwaśna, taka jak lubił. Raczył-się galaretką ze smakiem, aż nagle coś skaleczyło mu język. Papruła zamarł na moment, a potem wyjął z ust to „coś". Spojrzał pod światło. Był to kawałek zardzewiałego gwoździa. Wszyscy przestali jeść i milcząc patrzyli na króla. Władca dopiero teraz zauważył, że inni też powyciągali z galaretki jakieś paskudztwa: zakrętki od butelek, kawałki gumowych rękawic, strzępy szmat... - Powiedz mu wreszcie! - krzyknęła Fląderka do diabła morskiego - król musi poznać prawdę! -Tak, Król musi wiedzieć! - tym razem były zgodne wszystkie morskie stworzenia. - Królu! Królu Bałtyku, my giniemy, truje nas ropa z niesprawnych kutrów, chemikalia z zardzewiałych zbiorników, odpady przemysłowe odprowadzane do rzek, przysypują nas góry śmieci! Chodź królu, coś ci pokażę ! Król w milczeniu poszedł za ministrem. Popłynęli daleko za pałac i królewski ogród, w kierunku Rynny Słupskiej. - Patrz królu! - Wśród kamieni porośniętych szarą rzęsą zaczynała się ogromna sterta czegoś dziwnego. Wystawały z niej przegniłe deski, jakieś metalowe części, garnki. Puszki po piwie tworzyły wielką srebrzystą górę. Wydymały się poruszane prądem foliowe torebki i butelki po napojach. Był nawet połamany rower i lodówka bez drzwiczek. Oddzielną stertę tworzyły buty: trampki, adidasy, gumowe klapki i kalosze. - W tamtym roku zebraliśmy 248 butów z lewej nogi i 117 z prawej, w tym roku więcej, znacznie więcej! Już nie nadążamy ze sprzątaniem dna. A wiesz królu, ilu lat trzeba, żeby to uległo rozpadowi ? - setek ! A te - tu trącił płetwą butelki po Coca-Coli - są prawie nieśmiertelne, będą trwać przez 500 lat! Król Bałtyku poczuł, że mu brakuje powietrza, czuł się tak, jakby to w nim samym płynęła ropa i smary. - Wypłyniemy na powierzchnię - powiedział do ministra. - Królu, lepiej nie. Nie robiłeś tego od lat! - Ale teraz chcę. Muszę zobaczyć brzeg. Popłyniemy tam, gdzie kiedyś -na złote plaże Ustki. Tam jest pięknie! Minister sposępniał, ale wiedział, że Papruła jest stanowczy. Wypłynęli po prawej stronie portu, tuz za „Dajaną". Było szaro, dzień jeszcze się nie zaczął. Król podpłynął pod sam brzeg i wystawił z wody głowę. Wciągnął w płuca ostre, świeże powietrze. Chociaż tu, jak dawniej... Ledwo to powiedział, coś mocno uderzyło go w skrzela: zgniłe, nadgryzione jabłko. Odtrącił je ze wstrętem. Wtedy płetwy coś mu omotało tak, że nie mógł się ruszyć. - Pomocy ! - wrzasnął. Minister podpłynął natychmiast. - To tylko porwana szmata omotała ci płetwy! Wyszli na brzeg. Piasek był jakiś inny, bezbarwny. - Auu ! - coś ostrego wbiło mu się w ciało, raniąc do krwi. - To szkło królu, rozbite butelki. Pełno tu tego! Król stał na plaży, a krew kapała na piasek.
|
